Czy wiecie, że do nowopowstałego Edo ciągną tłumy? Tak, tak, o jedną wizę stara się ponad trzysta osób! Dziś uśmiecha się do Was szczęście – ja Was tam zabiorę. Musicie jednak wiedzieć, że to świat całkowicie odizolowany i pozbawiony wszelkich udogodnień, zupełnie na kształt Edo sprzed setek lat. Zostawcie za sobą wszystko, co macie, przywdziejcie tradycyjne kimono i ruszamy. Bez obaw, jeśli się Wam nie spodoba, po sześciu miesiącach będziecie mieli prawo wyjechać. A naprawdę warto zaryzykować, z byle powodu. Może lubicie historię i filmy o samurajach, tak jak Matsukichi, który będzie nam towarzyszył? Albo postanowiliście zwiedzić wszystkie kraje świata, podobnie jak Nami? Czy może w końcu – ktoś poprosił, byście wrócili do krainy swojego dzieciństwa? Powiedzcie tylko słowo, a ja Was tam zabiorę…
Nasz główny przewodnik po tym świecie, Satō Shinjirō, pojechał właśnie przez wzgląd na życzenie swego ojca. Piętnaście lat wcześniej cała trzyosobowa rodzina opuściła granice Edo i zamieszkała w Japonii. Teraz Shinjirō wraca do miejsca, w którym się urodził. Lecz ojciec bynajmniej nie wysłał go tam z sentymentalnych pobudek. W Konparuya – placówce, którą przydzielono bohaterowi, by tam stawiał swoje pierwsze kroki w nowym państwie – dowiadujemy się, że to nie dzięki szczęśliwemu zrządzeniu losu Shinjirō otrzymał pozwolenie na wjazd już za pierwszym podejściem. W Edo pojawiła się tajemnicza choroba, na którą nie ma lekarstwa, wskutek czego wszystkie nieszczęsne ofiary umierają. Od naszego bohatera oczekuje się, że pomoże organom władzy w identyfikacji i zwalczeniu zarazy. W jaki sposób? Ponoć wystarczy, by przypomniał sobie swoje wczesne lata sprzed wyjazdu z Edo. Bowiem przypadłość o podobnych objawach wystąpiła już kiedyś w tym odizolowanym tworze państwowym, całe piętnaście lat temu. I tylko jedna osoba przeżyła zetknięcie z bakteriami owej choroby. Kto taki? Odpowiedź nasuwa się sama – Shinjirō.
Fabuła książki jest naprawdę wciągająca. Chociaż oczekiwałam czegoś bardziej zbliżonego do fantastyki (gdyż „Konparuya Gomez” zdobyła główną nagrodę Japan Fantasy Novel Award w 2005 roku) i na tym polu zostałam odrobinę zawiedziona, powieść czytałam z niekłamaną przyjemnością. Opowieść zaliczyłabym raczej do kategorii sensacji/kryminału i to właśnie wielbicielom tych gatunków powinna najbardziej przypaść do gustu. Muszę przyznać, że w kilku drobnych aspektach fabuła jest dość przewidywalna, jednak nie umniejsza to w niczym całości. Intryga została zbudowana na solidnych podstawach. Nic, włącznie z interesującymi bohaterami, nie jest tylko czarne albo białe. To zdaje się największa zaleta książki, nadaje jej wymiar prawdziwego życia.
Styl autora jest oszczędny, trzymający w napięciu i jak najbardziej wpasowuje się w klimat powieści. Nie uświadczymy tu wzniosłych opisów przyrody, homeryckich porównań ani długich charakterystyk bohaterów – ich czyny mówią same za siebie. Czytelnik otrzyma za to wartką akcję nakreśloną przystępnym językiem, od której wprost nie można się oderwać. Jednak szczerze mówiąc, brakowało mi trochę bliższego przedstawienia klimatu i zwyczajów Edo. Nie sposób nie zgodzić się ze stwierdzeniem, że tamtejszy sposób życia jest tak różny od znanej nam cywilizacyjnej pogoni, że aż prosi się szersze zobrazowanie. To samo tyczy się elementów fantastycznych. Edo już samo w sobie wpisuje się w kanon wyimaginowanej wizji przyszłości, jednak autor wspomina chociażby o mieszkaniu na Księżycu, i to zaraz na początku książki. Strona za stroną czekałam na rozwinięcie tego wątku i byłam naprawdę zawiedziona, kiedy wraz z opadnięciem ostatniej kartki odkryłam, że się nie doczekam.
Na szczęście wszelkie rozczarowania zostały złagodzone przez szybką, ciekawą akcję, nietuzinkowych bohaterów oraz w istocie intrygujący pomysł powrotu do dawnych obyczajów i japońskiej tradycji kultywowanej na co dzień w granicach Edo. Jak już wspominałam, książka przeznaczona dla wielbicieli sensacji i zagadek wszelkiej maści. Miłośnicy Japonii nie znajdą jej tu zbyt dużo, ale zachęcam, by sami się o tym przekonali. Z czystym sumieniem polecam powieść pana (pani?) Saijō!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Japonia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Japonia. Pokaż wszystkie posty
środa, 10 sierpnia 2011
środa, 6 lipca 2011
"1Q84, tom 1" Haruki Murakami
„Czas może się posuwać, przybierając nieregularne kształty. Sam w sobie jest z natury równomierny, ale kiedy zostaje zużyty, zmienia się w coś nieregularnego.”
Specjalistką od Murakamiego nie jestem, bo na dobrą sprawę to dopiero moja druga książka jego autorstwa, zaraz po „Na południe od granicy, na zachód od słońca.” Wątpię nawet, czy w ogóle można tytułować się „specjalistą od Murakamiego.” Jest to pisarz tak specyficzny i, rzekłabym, nieobliczalny, że nigdy nie wiadomo, co nowego i ciekawego przyjdzie mu do głowy, ani tym bardziej w jaki sposób zaprezentuje to czytelnikom. I chociaż nie można go zgłębić, można zostać przez niego oczarowanym.
Narracja jest prowadzona na przemian z punktu widzenia dwójki głównych bohaterów. On – Tengo – zajmuje się wykładaniem matematyki, w wolnych chwilach zaś próbuje swoich sił w pisarstwie. Ona – Aomame – z reguły jest instruktorką sztuk walki, tylko czasami przywdziewa maskę bezwzględnego zabójcy. Oboje znali się w dzieciństwie. W ich poukładanym świecie zaczynają się dziać przedziwne rzeczy. Tengo zostaje nagle wplątany w wydawnicze szachrajstwo, codzienność tajemniczej Fukaeri, działalność sekty i historię z Little People. Aomame zaczyna czuć się nie na miejscu w otaczającej rzeczywistości, a jej przeczucie jakby potwierdza się, kiedy zauważa na niebie dwa księżyce. Wszystko wskazuje na to, że bohaterowie spotkają się ponownie.
Nie powiem już nic więcej, nie chcę zdradzać intrygujących szczegółów. Zapewniam od razu, że warto sięgnąć po tę książkę. Fabuła jest, szczerze mówiąc, nieco rozwlekła, jakby nic się nie działo, jednak pierwszy tom to z pewnością dopiero wprowadzenie do fascynującej historii, w dodatku wprowadzenie, które bynajmniej nie nudzi. Nie wiem, jak Murakami to robi, że wciąga czytelnika do wykreowanego świata bez jakichkolwiek trudności. On po prostu opowiada, ale w taki sposób, iż nie można się oderwać od jego prozy. Stworzył wielowymiarowych bohaterów, nadał im wygląd i tchnął w nich dusze. To zabrzmi banalnie, ale czuję się, jakbym ich znała od zawsze. Ponadto Murakami ma taki sympatyczny styl, wciąga w historię, jednocześnie odwracając uwagę od przewracanych kartek, więc ani się obejrzałam, a już połowę pierwszego tomu miałam za sobą. Pomysł z dwoma księżycami idealnie trafił w moje gusta. Czasami myślę sobie, jak fantastycznie byłoby móc dalej wierzyć, że księżycowy królik piecze tam te swoje ryżowe ciasteczka.
„1Q84” to książka specyficzna, co zauważy każdy, i niesamowita, co już może niektórym umknąć. Na pewno warto samemu przeczytać i wydać opinię – póki co tom pierwszy, a jak dobrze pójdzie, to również dwa kolejne. Osobiście nie wyobrażam sobie, żeby porzucić tę historię w takim momencie, właściwie to w żadnym momencie. Kiedy już raz zaczniesz czytać, nie spoczniesz, dopóki nie poznasz zakończenia. Wiem na pewno, że fanką Janáčka i jego Sinfonietty nie będę, ale trylogii japońskiego pisarza – absolutnie.
Specjalistką od Murakamiego nie jestem, bo na dobrą sprawę to dopiero moja druga książka jego autorstwa, zaraz po „Na południe od granicy, na zachód od słońca.” Wątpię nawet, czy w ogóle można tytułować się „specjalistą od Murakamiego.” Jest to pisarz tak specyficzny i, rzekłabym, nieobliczalny, że nigdy nie wiadomo, co nowego i ciekawego przyjdzie mu do głowy, ani tym bardziej w jaki sposób zaprezentuje to czytelnikom. I chociaż nie można go zgłębić, można zostać przez niego oczarowanym.
Narracja jest prowadzona na przemian z punktu widzenia dwójki głównych bohaterów. On – Tengo – zajmuje się wykładaniem matematyki, w wolnych chwilach zaś próbuje swoich sił w pisarstwie. Ona – Aomame – z reguły jest instruktorką sztuk walki, tylko czasami przywdziewa maskę bezwzględnego zabójcy. Oboje znali się w dzieciństwie. W ich poukładanym świecie zaczynają się dziać przedziwne rzeczy. Tengo zostaje nagle wplątany w wydawnicze szachrajstwo, codzienność tajemniczej Fukaeri, działalność sekty i historię z Little People. Aomame zaczyna czuć się nie na miejscu w otaczającej rzeczywistości, a jej przeczucie jakby potwierdza się, kiedy zauważa na niebie dwa księżyce. Wszystko wskazuje na to, że bohaterowie spotkają się ponownie.
Nie powiem już nic więcej, nie chcę zdradzać intrygujących szczegółów. Zapewniam od razu, że warto sięgnąć po tę książkę. Fabuła jest, szczerze mówiąc, nieco rozwlekła, jakby nic się nie działo, jednak pierwszy tom to z pewnością dopiero wprowadzenie do fascynującej historii, w dodatku wprowadzenie, które bynajmniej nie nudzi. Nie wiem, jak Murakami to robi, że wciąga czytelnika do wykreowanego świata bez jakichkolwiek trudności. On po prostu opowiada, ale w taki sposób, iż nie można się oderwać od jego prozy. Stworzył wielowymiarowych bohaterów, nadał im wygląd i tchnął w nich dusze. To zabrzmi banalnie, ale czuję się, jakbym ich znała od zawsze. Ponadto Murakami ma taki sympatyczny styl, wciąga w historię, jednocześnie odwracając uwagę od przewracanych kartek, więc ani się obejrzałam, a już połowę pierwszego tomu miałam za sobą. Pomysł z dwoma księżycami idealnie trafił w moje gusta. Czasami myślę sobie, jak fantastycznie byłoby móc dalej wierzyć, że księżycowy królik piecze tam te swoje ryżowe ciasteczka.
„1Q84” to książka specyficzna, co zauważy każdy, i niesamowita, co już może niektórym umknąć. Na pewno warto samemu przeczytać i wydać opinię – póki co tom pierwszy, a jak dobrze pójdzie, to również dwa kolejne. Osobiście nie wyobrażam sobie, żeby porzucić tę historię w takim momencie, właściwie to w żadnym momencie. Kiedy już raz zaczniesz czytać, nie spoczniesz, dopóki nie poznasz zakończenia. Wiem na pewno, że fanką Janáčka i jego Sinfonietty nie będę, ale trylogii japońskiego pisarza – absolutnie.
Etykiety:
1Q84,
Japonia,
książki,
wydawnictwo MUZA
niedziela, 26 czerwca 2011
"Tsugumi" Banana Yoshimoto
O Bananie Yoshimoto po raz pierwszy przeczytałam na jakimś blogu, niestety moja zawodna pamięć nie chce sobie przypomnieć, na którym. Co prawda miałam większą ochotę na „Kuchnię” tej autorki, jednak trafiła mi się „Tsugumi” po okazyjnej cenie i oczywiście nie mogłam nią pogardzić. Przewrotny los przy małym udziale mojej intuicji wepchnął mi w ręce prawdziwą perełkę.
Fabuła książki jest osadzona w nadmorskiej miejscowości w Japonii. Narratorka Maria – a zarazem kuzynka i przyjaciółka Tsugumi – wspomina swoje ostatnie lato w Zajeździe Rodziny Yamamoto. Co jakiś czas wplata w treść anegdoty z czasów szkolnych lub ze swojego życia w Tokio. Opowieść o dzieciństwie i dorastaniu bohaterek jest jednak tylko pretekstem do ukazania charakteru tytułowej postaci i jej relacji z innymi ludźmi. A Tsugumi to osoba naprawdę niezwykła. Nigdy nie wiadomo, co nowego przyjdzie jej do głowy lub jak zachowa się w danej sytuacji. Na pozór wredna, bezczelna i egoistyczna, za tą maską ukrywa swój ból i strach, chociaż naturalnie nigdy by się do tego nie przyznała. Nielicznym udało się poznać jej drugą naturę, trochę bardziej łagodną i spokojną. Wnikliwy czytelnik również ma okazję dojrzeć powyższe cechy.
O prozie Yoshimoto mówi się: oszczędna. Przez to określenie miałam zniekształcone pojęcie o pisarstwie Japonki, dopóki sama nie sięgnęłam po jej książkę. Faktem jest, że wszelkie opisy są raczej zdawkowe, jednak kiedy już występują, mają w sobie rzadko spotykaną magię. Rzecz jasna z miejsca zakochałam się w stylu Yoshimoto. Jestem na siebie wściekła, że nie zaznaczyłam ulubionego fragmentu, a teraz nie mogę go znaleźć. Chciałam go zacytować, żeby być może ktoś inny podzielił moją miłość. Ale mam inny.
„Obie z Tsugumi myślałyśmy o tym samym, zupełnie jakbyśmy, pokonując granice nocy, połączyły się telepatycznie. Czasami noce robią takie sztuczki. Powietrze powoli przemieszcza się w ciemnościach i jak gwiazda spada na nas atmosfera jakiegoś innego, odległego miejsca. Wtedy się budzimy. Dwojgu ludziom śni się taki sam sen. Wszystko dzieje się jednej nocy, dany nastrój panuje tylko w czasie jej trwania. Następnego ranka to, co się wydarzyło, traci ostrość i rozmywa się w świetle dnia. Takie noce są długie. Bezgranicznie długie i lśniące jak klejnoty.”
„Tsugumi” to niezwykle piękna opowieść o miłości, przyjaźni i wzajemnym zrozumieniu. Forma retrospekcji nadaje relacji Marii odpowiedni dystans do zaistniałych sytuacji. Z perspektywy czasu bohaterka dostrzega jak wielki wpływ na ukształtowanie jej życia miało dorastanie razem z kuzynką o trudnym charakterze. Odkrywa też w sobie uśpione dotąd pokłady sympatii do Tsugumi. Wraz z końcem lata kończy się pewny etap w życiu narratorki, co skłania ją do przepięknych, głębokich refleksji. Każdy z nas znajdzie tu coś dla siebie, jakieś analogie pomiędzy życiem fikcyjnych postaci i swoim własnym. Dawno nie czytałam czegoś tak ujmującego. Polecam z całego serca!
Fabuła książki jest osadzona w nadmorskiej miejscowości w Japonii. Narratorka Maria – a zarazem kuzynka i przyjaciółka Tsugumi – wspomina swoje ostatnie lato w Zajeździe Rodziny Yamamoto. Co jakiś czas wplata w treść anegdoty z czasów szkolnych lub ze swojego życia w Tokio. Opowieść o dzieciństwie i dorastaniu bohaterek jest jednak tylko pretekstem do ukazania charakteru tytułowej postaci i jej relacji z innymi ludźmi. A Tsugumi to osoba naprawdę niezwykła. Nigdy nie wiadomo, co nowego przyjdzie jej do głowy lub jak zachowa się w danej sytuacji. Na pozór wredna, bezczelna i egoistyczna, za tą maską ukrywa swój ból i strach, chociaż naturalnie nigdy by się do tego nie przyznała. Nielicznym udało się poznać jej drugą naturę, trochę bardziej łagodną i spokojną. Wnikliwy czytelnik również ma okazję dojrzeć powyższe cechy.
O prozie Yoshimoto mówi się: oszczędna. Przez to określenie miałam zniekształcone pojęcie o pisarstwie Japonki, dopóki sama nie sięgnęłam po jej książkę. Faktem jest, że wszelkie opisy są raczej zdawkowe, jednak kiedy już występują, mają w sobie rzadko spotykaną magię. Rzecz jasna z miejsca zakochałam się w stylu Yoshimoto. Jestem na siebie wściekła, że nie zaznaczyłam ulubionego fragmentu, a teraz nie mogę go znaleźć. Chciałam go zacytować, żeby być może ktoś inny podzielił moją miłość. Ale mam inny.
„Obie z Tsugumi myślałyśmy o tym samym, zupełnie jakbyśmy, pokonując granice nocy, połączyły się telepatycznie. Czasami noce robią takie sztuczki. Powietrze powoli przemieszcza się w ciemnościach i jak gwiazda spada na nas atmosfera jakiegoś innego, odległego miejsca. Wtedy się budzimy. Dwojgu ludziom śni się taki sam sen. Wszystko dzieje się jednej nocy, dany nastrój panuje tylko w czasie jej trwania. Następnego ranka to, co się wydarzyło, traci ostrość i rozmywa się w świetle dnia. Takie noce są długie. Bezgranicznie długie i lśniące jak klejnoty.”
„Tsugumi” to niezwykle piękna opowieść o miłości, przyjaźni i wzajemnym zrozumieniu. Forma retrospekcji nadaje relacji Marii odpowiedni dystans do zaistniałych sytuacji. Z perspektywy czasu bohaterka dostrzega jak wielki wpływ na ukształtowanie jej życia miało dorastanie razem z kuzynką o trudnym charakterze. Odkrywa też w sobie uśpione dotąd pokłady sympatii do Tsugumi. Wraz z końcem lata kończy się pewny etap w życiu narratorki, co skłania ją do przepięknych, głębokich refleksji. Każdy z nas znajdzie tu coś dla siebie, jakieś analogie pomiędzy życiem fikcyjnych postaci i swoim własnym. Dawno nie czytałam czegoś tak ujmującego. Polecam z całego serca!
Etykiety:
Japonia,
książki,
Państwowy Instytut Wydawniczy
poniedziałek, 13 czerwca 2011
"Bezsenność w Tokio" Marcin Bruczkowski
To była jedna z tych miłości od pierwszego wejrzenia. Trafiłam na nią przez przypadek gdzieś w Internecie. Zerknęłam na okładkę, poczytałam o treści i stwierdziłam, że muszę ją mieć. Zaraz, zaraz, jak to nakład wyczerpany? Trzeba było pisać maile do wydawnictwa i czekać, czekać, czekać, ale bezapelacyjnie było warto!
Jest to poniekąd powieść autobiograficzna, posiadająca też cechy przewodnika i… książki kucharskiej. Autor wspomina w niej swoje najśmieszniejsze, najdziwniejsze gajdzińskie przygody. Bystrym, polskim okiem obserwuje przyzwyczajenia Japończyków, podgląda ich życie codzienne i celebrację świąt. Wplata w tę historię mnóstwo zaskakujących ciekawostek, których nie można znaleźć w typowych informatorach i książkach o kulturze Kraju Kwitnącej Wiśni. Co ważne, nie patrzy na wszystko dookoła z perspektywy turysty, ale stałego mieszkańca, chociaż nie rodowitego Tokijczyka. W miarę możliwości stara się interpretować zachowania napotkanych Japończyków, co jest nie lada wyzwaniem, gdyż jak wiadomo niektóre z nich są tak uroczo absurdalne, że sami Azjaci zapewne dokładnie nie wiedzą, o co chodzi. Pan Marcin sprawnie operuje również japońskimi nazwami, bardzo przydatnymi w razie ewentualnej wyprawy do wyspiarskiego kraju na Dalekim Wschodzie. Okonomiyaki, mansion, pachinko, ryokan? Proszę bardzo! Bruczkowski spędził w Tokio i okolicach całe 10 lat swojego życia, toteż ma o czym opowiadać i ku uciesze czytelników, po prostu to robi.
Generalnie polecam wszystkim. Czytelnicy, dla których to „nie te klimaty”, powinni być przynajmniej zadowoleni; miłośnicy Japonii zaś – nie mogłoby być inaczej – zachwyceni. Miałam okazję czytać jeszcze jedną książkę tego autora; niestety nie przypadła mi do gustu tak bardzo jak ta, ale to już temat na osobną recenzję, o którą być może pewnego dnia się pokuszę. Tymczasem jeszcze raz gorąco polecam „Bezsenność w Tokio”!
Etykiety:
Japonia,
książki,
Polska,
ulubione,
wydawnictwo Rosner i Wspólnicy
środa, 8 czerwca 2011
"Z pokorą i uniżeniem" Amélie Nothomb
Jak ja lubię czytać o Japonii! Dlatego nie mogłam sobie odmówić niewątpliwej przyjemności nabycia „Z pokorą i uniżeniem” – tak króciutkiej i tak niedrogiej. To moje pierwsze spotkanie z twórczością belgijskiej autorki, która nawiasem mówiąc ma w sobie coś z japońskiego pracoholizmu i perfekcjonizmu (książki wydaje regularnie co rok, codziennie poświęca dokładnie cztery godziny na pisanie…). A może tylko mi się wydaje.
Pan Haneda jest przełożonym pana Omochi, który jest przełożonym pana Saito, który jest przełożonym panny Mori, która jest przełożoną głównej bohaterki, czyli krótko mówiąc Amélie Nothomb we własnej osobie. Cieniutka książeczka opowiada o perypetiach autorki zatrudnionej w dużej japońskiej korporacji. Na kolejne szczeble jej kariery pada blady cień, kiedy pewnego dnia nieopatrznie zgadza się zaangażować w projekt pomysłu pana Tenshi z innego działu. Od tego momentu zalicza coraz to nowe… awanse. Zadziwiające, do jakiej posady doprowadza ją jedno małe potknięcie.
Mimo że nie znajdziemy tu wartkiej akcji, książka jest w stanie wciągnąć. Naprawdę. Nie na długo, bo kończy się po zaledwie osiemdziesięciu kilku stronach, ale jednak. Ten fakt sprowadza się do przepaści między europejskim a japońskim usposobieniem. Niesamowicie jest poznawać kulturę tak odmienną, z mojego punktu widzenia nawet odrobinę nierealną. Amélie Nothomb serwuje czytelnikom kolejne ciekawostki, nie tracąc przy tym dystansu i humoru, co, zważając na autopsyjny charakter tekstu, musiało być dla pisarki dosyć trudne. Moją uwagę zwróciła też wyrazistość postaci; jedną polubiłam szczególnie – Fubuki. Cóż to za przeurocza osoba! Mam nadzieję, że nigdy nie trafię na taką przełożoną.
Nie byłabym sobą, gdybym nie zwróciła uwagi na jakiś nic nieznaczący szczególik. Otóż udało się ustalić, że „pot Pieta Kramera śmierdział”. Ale nie rozumiem, że to tak wielki fenomen w Tokio. Muszę się temu głębiej przyjrzeć. Japończycy się nie pocą? A może są w posiadaniu super formuły na niezwykle skuteczny dezodorant? Przydałby się jeden na aktualne upały.
Jeśli igraszką losu coś spod pióra Amélie Nothomb wpadnie jeszcze kiedyś w me łapki, to nie omieszkam tego zgłębić, chociaż o ile się orientuję nie wszystkie jej książki traktują o Japonii. To nic. Nie jestem jakoś specjalnie zachwycona, ale spodobał mi się oszczędny styl i zabawne dialogi. A „Z pokorą i uniżeniem” polecam wszystkim, którzy nie mogą się nadziwić odmiennej mentalności naszych azjatyckich przyjaciół.
Etykiety:
Belgia,
Japonia,
książki,
wydawnictwo MUZA
Subskrybuj:
Posty (Atom)




