Lekturę drugiej części przygód Riley Jenson zakończyłam krótko po pierwszej, tak więc na gorąco mogę skonfrontować wrażenia po przeczytaniu obu książek. Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że, jak to bywa w przypadku serii, czytelnicy nieznający „Wschodzącego księżyca” (są tu tacy?) mogą znaleźć w tej recenzji paskudne spoilery. Cała reszta raczej nie musi się martwić, postaram się zdradzić tyle, ile trzeba.
Okazuje się, że zdemaskowanie i unieszkodliwienie szefa Genoveve było tylko początkiem misji bohaterów. Chociaż Riley usilnie dążyła do tego, by żyć w miarę normalnie, jej plany popsuł dziwny wypadek. Pewnego dnia wilczyca budzi się w ciemnym, nieznanym zaułku obok martwego mężczyzny. Nie wie, gdzie jest ani jak się tam znalazła – zupełnie jakby ktoś wymazał z jej pamięci wspomnienia z ostatnich kilku dni. Jedyne, co wie, to to, że musi brać nogi za pas. Podczas brawurowej ucieczki poznaje Kade’a, który od tej pory będzie pomagać w rozwikłaniu zagadki nielegalnych laboratoriów. Do tej dwójki dołączają znani nam już z pierwszej części Rhoan, Jack oraz Quinn i śledztwo toczy się dalej…
Jako że akcja „Całując grzech” nie ma miejsca ani tydzień przed, ani podczas pełni, oczekiwałam, iż autorka przystopuje nieco z natężeniem erotyzmu. O, ja naiwna! W tej części seksu jest tyle samo, co w pierwszej, o ile nie więcej. Tak samo gwałtowny, dziki i niemoralny. Czy to aby na pewno jest powieść dla młodzieży? Ja wiem, że w dzisiejszych czasach dzieciaki są więcej niż uświadomione, ale wydaje mi się, że to nie tak powinno im się przedstawiać akt miłosny. Zwłaszcza, że w tej książce miłość nie ma tu nic do rzeczy. Swoją drogą, pisząc takie dziewięć tomów można się nieźle wyżyć. Chyba wolałabym nie wnikać, co siedzi w głowie autorki. Jedno jest pewne – jeśli seria zostanie kiedykolwiek zekranizowana, wróżę jej przyciągnięcie do kin jeszcze większej rzeszy nastolatków niż „Zmierzch.”
Jeśli już jesteśmy przy minusach, to chyba największym, oprócz tego nieszczęsnego seksu, jest relacja Riley – Quinn. O ile w pierwszej części była całkiem zjadliwa, o tyle w drugiej stała się wręcz irytująca. Miałam już dość kolejnych rozmów o tym samym, identycznych argumentów, ciągłego napięcia i niezdecydowania. W sumie to wszystko nieodłącznie wiąże się ze współżyciem, więc zrzucam to na karb dziwnego upodobania pani Arthur do seksoholizmu. Fabuła wydaje mi się ciekawsza niż w tomie pierwszym, zwłaszcza ostatnie strony trzymają w napięciu. Niestety robi się też nieco chaotycznie, jakiś szef ma siostrę, z jakiejś sfory, czyjaś żona, jakiś brat, dawny kochanek. Nie wiem, czy się cieszyć, czy płakać, że zanim zdążyłam się porządnie zgubić, autorka rozprawiła się z tą paletą postaci.
Książkę bardzo przyjemnie trzyma się w rękach, nie wiem, czemu nie zauważyłam tego wcześniej. Słowem podsumowania, polecam dla zabicia nudy. Czyta się błyskawicznie, a przy tym niezmiernie wciąga w przygody bohaterów. Rekomendacja jest przeznaczona dla osób od starszej młodzieży wzwyż, z uwagi na wałkowaną już zastraszającą ilość seksu. Miłej lektury.
„Całując grzech” wygrałam w konkursie u Pauli. Musicie mi wybaczyć wcześniejszą euforię, to moja pierwsza nagroda w blogowym życiu xD
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Australia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Australia. Pokaż wszystkie posty
sobota, 2 lipca 2011
czwartek, 30 czerwca 2011
"Wschodzący księżyc" Keri Arthur
Wygrałam! Wygrałam książkę w blogowym konkursie! Nie, nie „Wschodzący księżyc”, lecz jego kontynuację pt. „Całując grzech”. Z racji tego, iż zagłębienie się w świat stworzony przez Keri Arthur od drugiej części sprawiłoby mi zbędne trudności, postanowiłam sięgnąć po pozycję otwierającą dziewięciotomowy cykl. Niełatwo jest recenzować książkę, której lekturę wszyscy wokół mają już za sobą, niemniej spróbuję podzielić się swoimi wrażeniami.
Riley Jenson jest bardzo rzadko spotykanym połączeniem wampira i wilkołaka, z naciskiem na to drugie. Podobnie zresztą jak jej brat bliźniak, Rhoan, z tym że w nim przeważają wampirze cechy. Rodzeństwo pracuje w Departamencie ds. Innych Ras na kompletnie różnych stanowiskach, lecz traf chciał, że zostało wciągnięte w dokładnie tę samą niebezpieczną grę. Wszystkie kłopoty spadają na nich niespodziewanie, kiedy to Rhoan znika, nie dając znaku życia, a Riley znajduje na swojej wycieraczce zupełnie nagiego, oblepionego błotem wampira. Czy informacja o nagości wprowadziła was w jakąkolwiek konsternację? (Głupie pytanie, na pewno nie, skoro wszyscy już to czytali…) Jeśli jednak tak, to błąd! Dalej będzie dużo bardziej pikantnie.
A skoro już o tym mowa, to zbyt pikantnie, jak na mój gust. Albo przynajmniej jak na pierwszy tom. Czytelnik od razu zostaje przytłoczony mnogością erotycznych przygód bohaterów. Księżycowa gorączka? Przyznaję, dość oryginalne, ale w bardzo nachalnym wykonaniu. Kierowanie się popędem płciowym jest cechą typowo zwierzęcą, a że wilkołaki nie są ludźmi, to cała ta filozofia wydaje się nawet logiczna. Chociaż nie zmienia to faktu, iż dosyć niesmaczna. Zwłaszcza biorąc pod uwagę wszechobecną modę na utrzymywanie kontaktów seksualnych z wieloma partnerami jednocześnie. Sama już nie wiem, chyba jestem konserwatystką pokroju Quinna. Chociaż jak na osobnika ze staroświeckimi poglądami on też nieźle sobie poczyna. Niby paranormal romance, ale romance jak na lekarstwo, za to dużo tu gwałtownej, pozbawionej intymności miłości fizycznej.
Pierwszoosobowa narracja średnio przypadła mi do gustu akurat w tym przypadku. Kolejne, dynamiczne opisy scen walki brzmią co najmniej dziwnie w ustach samej Riley. Nie miałam jednak czasu, by dłużej się nad tym zastanawiać, gdyż wydarzenia pędzą jak szalone. Walka, seks, dosłownie sekunda oddechu, seks, seks, znowu walka itd. Nie mogę odmówić książce wciągającej akcji, bo to by było zwyczajne kłamstwo, jednak mam wrażenie, że przez ten pośpiech autorka nie dopracowała smakowitych szczegółów, uprzyjemniających czytelnicze doznania. Nie wspominam już nawet o tym, że aż boję się pomyśleć, jak daleko wybiegnie ta historia w ostatnim, dziewiątym tomie. Co do bohaterów, to z pewnością dają się lubić, mimo że (a może właśnie dlatego, że) są totalnie pokręceni, wszyscy razem i każdy z osobna. Jedyne, co mi w nich przeszkadza, to to, że wszyscy okazują się niesamowicie seksowni. Nie to, żebym miała jakieś uprzedzenia do seksownych ludzi, ale ich stężenie w tej książce przekracza wszelkie pojęcie. No i mogliby się czasem ubrać; seks to jedno, ale paradowanie nago po ulicy to co innego.
Poleciłabym dla rozrywki, gdyby wszyscy już tego nie przeczytali. A jeśli znalazł się ktoś taki, to proszę się przygotować na potężną dawkę zwierzęcych emocji.
Etykiety:
Australia,
cykl Zew Nocy,
Instytut Wydawniczy Erica,
książki
Subskrybuj:
Posty (Atom)

