Bodaj najgorszym minusem dla książki jest to, kiedy po lekturze nie ma się nic do powiedzenia. Żadnych zachwytów, refleksji, wzruszeń ani też tych negatywnych emocji – zniesmaczonej miny, bluzgania, że tandeta, że nuda. Jest się po prostu kompletnie obojętnym. Obawiam się, iż właśnie taką książkę przyszło mi przeczytać. I mimo tego, że właściwie nie ma o czym mówić, spróbuję coś na jej temat naskrobać.
Główną bohaterką jest Andrea Rolnik. Pewnego razu, podczas rozwieszania prania, wiatr porywa jej biały stanik i zanosi go do stóp Czarnego Wulkanu, konkretnie prosto w ręce tajemniczego Maurycego. Dziewczyna oczywiście pędzi za zgubą i w końcu ją dogania. Młodzi zamieniają ze sobą cztery zdania (dosłownie!), po czym porzucają mało istotną konwersację na rzecz namiętnej miłości. Rozstają się z przyrzeczeniem niewspominania nikomu o tym, co zaszło. Zakochana pierwszy raz w życiu Andrea, pod wpływem chwili wykonuje telefon do radia i przekonuje słuchaczy audycji, że warto szukać miłości. Los chciał, iż apel dziewczyny zostaje usłyszany przez producenta telewizyjnego, który upatruje w niej szansy na zwiększenie oglądalności swego programu. W ciągu kilku tygodni Andrea z biednej, skromnej dziewuszki przeistacza się w celebrytkę, której historia wzrusza miliony i jest niedoścignionym wzorem romansu idealnego.
Jak widać (a jeśli nie, to trudno, ale więcej szczegółów nie zdradzę) historia opowiedziana przez Cucę Canals jest niebanalna. Po dłuższym zastanowieniu do plusów zaliczyłam też ukazanie siły i roli mediów w życiu zwykłych ludzi oraz kilka całkiem zgrabnych metafor. Patrząc całościowo, brakuje mi jednak tego czegoś. Chciałabym powiedzieć, że autorka ma potencjał, ale nie jestem do końca przekonana. Musiałabym sięgnąć po resztę jej twórczości, ale przed tym z kolei powstrzymuje mnie lektura „500 000 opowieści o miłości”. Na samym końcu mojego wydania jest zamieszczony (to dopiero dziwne!) spis wszystkich liter zawartych w tekście. Nie wiem, co mam o tym myśleć, nie wiem, czy przekazuję Wam to, co chciałam, bo właściwie zaraz po przeczytaniu nic mi się nie nasuwało. Książka krótka – może to plus, może minus, w zależności od postrzegania lektury – może chociaż ta jedna informacja pomoże Wam podjąć decyzję.
Raz myślę, że mi się podobała, innym razem twierdzę, że nie. Niestety nie są to TE skrajne emocje, które dopadają nas nieraz podczas spotkania z wyśmienitą literaturą, a jedynie taki sobie przelotny koncept. Nie polecam, nie odradzam, ot co.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo MUZA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wydawnictwo MUZA. Pokaż wszystkie posty
piątek, 29 lipca 2011
poniedziałek, 11 lipca 2011
"Książę Mgły" Carlos Ruiz Zafón
Debiutancką powieść hiszpańskiego pisarza dosłownie połknęłam za jednym zamachem, nie zważając na upływający wokół mnie czas. Jest to czwarta książka w dorobku autora, która wpadła mi w ręce, więc wiedziałam mniej więcej, czego mogę się spodziewać. Nie zawiodłam się. I mimo że pozycja ta wypada nieco blado przy takim „Cieniu wiatru”, jest warta każdej poświęconej na nią minuty.
Rodzina Carverów, powodowana rozszalałą na świecie wojną, przeprowadza się do małego miasteczka nad oceanem. Ojciec rodziny wierzy, że w nowym miejscu zamieszkania jego bliscy odnajdą spokój i szczęście. Niedługo po przeprowadzce trzynastoletni Max, jedyny syn z trojga dzieci Carverów, poznaje nieco starszego od siebie Rolanda i niemal od razu znajduje w nim przyjaciela. Chłopcy i starsza siostra Maxa, Alicja, spędzają razem dużo czasu i szybko zauważają, że wokół nich dzieje się coś dziwnego. Aby wyjaśnić tajemnicze wydarzenia, postanawiają porozmawiać z dziadkiem Rolanda, starym latarnikiem Victorem Krayem, który wydaje się być jedyną osobą, mogącą rzucić nieco światła na zaistniałą sytuację. Zaspokojenie ciekawości dzieciaków będzie dopiero początkiem przygody.
Wydaje mi się, że zaczynam dostrzegać pewien schemat w konstrukcjach powieści Carlosa Ruiz Zafóna, jednak jest on na tyle subtelny, że nie można pisarzowi zarzucić monotonii czy też zblazowania. Wręcz przeciwnie, fabuła „Księcia Mgły” wciągnęła mnie bez reszty, co skądinąd napisałam już we wstępie (i wyszło na to, że to ja się powtarzam). Nie wiem, dlaczego, ale zakończenie totalnie mnie zaskoczyło. Podświadomie od samego początku zakładałam zupełnie inną wersję, a tu proszę. Bardzo polubiłam wszystkich bohaterów, może z wyjątkiem starego Victora Kraya, który jawi mi się jako, co tu dużo mówić, nieudacznik i tak właściwie nie rozumiem, dlaczego nie wypełnił powierzonego mu zadania, a historia miała taki, a nie inny, finał. Ale to tylko takie moje drobne odczucie. Chciałabym jeszcze napisać, co zapewne zabrzmi dziwnie, że cieszę się, iż najmłodszej z rodzeństwa, ośmioletniej Irinie, przypadł na czas akcji w udziale właśnie taki los. Nie wynika to z mojej awersji do małych dzieci, bo na ogół lubię dzieci (jeśli są ładne, grzeczne i nie gryzą, jak to mówi moja koleżanka), ale z niechęci do czytania o nich. Wolę bohaterów dojrzałych, z jakimś bagażem doświadczeń i emocji, dlatego unikam postaci niezaliczających się przynajmniej do nastolatków – to chyba jakieś zboczenie z liceum, mniejsza z tym.
Powieść została zaliczona do literatury młodzieżowej, jednakże, zgodnie z nadzieją autora wyrażoną we wstępie do „Księcia Mgły”, powinna się spodobać czytelnikowi w każdym wieku. Życzę sobie więcej takich książek! Polecam ją zatem każdemu, niezależnie od tego, jak staro się czuje. W końcu w każdym dorosłym jest coś z dziecka ;)
Rodzina Carverów, powodowana rozszalałą na świecie wojną, przeprowadza się do małego miasteczka nad oceanem. Ojciec rodziny wierzy, że w nowym miejscu zamieszkania jego bliscy odnajdą spokój i szczęście. Niedługo po przeprowadzce trzynastoletni Max, jedyny syn z trojga dzieci Carverów, poznaje nieco starszego od siebie Rolanda i niemal od razu znajduje w nim przyjaciela. Chłopcy i starsza siostra Maxa, Alicja, spędzają razem dużo czasu i szybko zauważają, że wokół nich dzieje się coś dziwnego. Aby wyjaśnić tajemnicze wydarzenia, postanawiają porozmawiać z dziadkiem Rolanda, starym latarnikiem Victorem Krayem, który wydaje się być jedyną osobą, mogącą rzucić nieco światła na zaistniałą sytuację. Zaspokojenie ciekawości dzieciaków będzie dopiero początkiem przygody.
Wydaje mi się, że zaczynam dostrzegać pewien schemat w konstrukcjach powieści Carlosa Ruiz Zafóna, jednak jest on na tyle subtelny, że nie można pisarzowi zarzucić monotonii czy też zblazowania. Wręcz przeciwnie, fabuła „Księcia Mgły” wciągnęła mnie bez reszty, co skądinąd napisałam już we wstępie (i wyszło na to, że to ja się powtarzam). Nie wiem, dlaczego, ale zakończenie totalnie mnie zaskoczyło. Podświadomie od samego początku zakładałam zupełnie inną wersję, a tu proszę. Bardzo polubiłam wszystkich bohaterów, może z wyjątkiem starego Victora Kraya, który jawi mi się jako, co tu dużo mówić, nieudacznik i tak właściwie nie rozumiem, dlaczego nie wypełnił powierzonego mu zadania, a historia miała taki, a nie inny, finał. Ale to tylko takie moje drobne odczucie. Chciałabym jeszcze napisać, co zapewne zabrzmi dziwnie, że cieszę się, iż najmłodszej z rodzeństwa, ośmioletniej Irinie, przypadł na czas akcji w udziale właśnie taki los. Nie wynika to z mojej awersji do małych dzieci, bo na ogół lubię dzieci (jeśli są ładne, grzeczne i nie gryzą, jak to mówi moja koleżanka), ale z niechęci do czytania o nich. Wolę bohaterów dojrzałych, z jakimś bagażem doświadczeń i emocji, dlatego unikam postaci niezaliczających się przynajmniej do nastolatków – to chyba jakieś zboczenie z liceum, mniejsza z tym.
Powieść została zaliczona do literatury młodzieżowej, jednakże, zgodnie z nadzieją autora wyrażoną we wstępie do „Księcia Mgły”, powinna się spodobać czytelnikowi w każdym wieku. Życzę sobie więcej takich książek! Polecam ją zatem każdemu, niezależnie od tego, jak staro się czuje. W końcu w każdym dorosłym jest coś z dziecka ;)
Etykiety:
Hiszpania,
książki,
wydawnictwo MUZA
niedziela, 10 lipca 2011
"Sto lat samotności" Gabriel García Márquez
„Sto lat samotności” to pierwsza książka Márqueza, jaką miałam przyjemność czytać. Z racji tego, iż jest to autor powszechnie znany i szanowany, a chyba nie przesadzę nawet mówiąc też - uwielbiany, postawiłam mu bardzo wysoką poprzeczkę. Niestety, nie do końca udało się ją przeskoczyć, niemniej lektura „Stu lat samotności” była niezwykłą czytelniczą ucztą.
Losy poszczególnych członków rodziny Buendia na przestrzeni całego wieku składają się na niesamowitą opowieść, pełną zaskakujących zdarzeń i głębokich emocji. Opowieść niebanalną i niepowtarzalną, choć chyba nie do końca można ją przypisać samemu Márquezowi, gdyż historię owego rodu znał on już od dzieciństwa z przekazu swoich dziadków. Nie umniejsza to w żadnym razie jego zasług w zebraniu i spisaniu tych podań, a nie wątpię, że ubarwił całość również swoimi pomysłami. Nie będę streszczać, relacjonować ani nic z tych rzeczy, bo mam wrażenie, że w przypadku „Stu lat samotności” byłoby to bezcelowe. Zachęcam natomiast do samodzielnego zapoznania się z treścią!
Gabriel García Márquez snuje opowieść pozbawioną wartkiej akcji, aczkolwiek wciągającą bardziej niż niejedna książka, w której fabuła pędzi na łeb na szyję. Nie można jednak powiedzieć, że wiele się tu nie dzieje, bo to nieprawda. Z początku zagłębiłam się w historię Buendiów bez reszty. Mój zapał został nieco ostudzony przez fragmenty opisujące szeroko pojętą rzeczywistość wojenno - rewolucyjną. Nie lubię takiej tematyki, nudzi mnie, męczy, ciężko mi przez nią przebrnąć. Na tamtym etapie pomyślałam: „To ma być ten słynny Márquez?” Teraz właściwie zastanawiam się, jak w ogóle taki gorzki sąd mógł powstać w mojej głowie. Dalsze dzieje rodziny pochłonęłam już dużo szybciej, a ten przykry incydent zbrojny okazał się tylko chwilą w wieczności.
Nie sposób nie wspomnieć o zamieszaniu z drzewem genealogicznym. Ciągle powtarzające się imiona do spółki z moim wrodzonym roztrzepaniem dały mi nieźle popalić. Nie raz po powtórnym podjęciu wątku musiałam chwilę zatrzymywać się nad tekstem i zastanawiać, kto to właściwie jest i czyim jest dzieckiem. Bo w tej książce powiązania rodzinne są niezwykle ważne, są kluczem do całej historii.
Realizm magiczny ma w sobie coś magnetyzującego. Te wszystkie elementy fantastyczne, alchemia, latające dywany… Od zawsze byłam i jestem zwolenniczką odrobiny magii w codziennym życiu, dlatego styl Márqueza bardzo przypadł mi do gustu. A te jego liczne zdania wielokrotnie złożone po prostu uwielbiam! Polecam wszystkim „Sto lat samotności” choćby dla samego artystycznego kunsztu. Lecz jeśli to Was nie przekonuje, dorzućcie do tego jeszcze nietuzinkową historię, wielopłaszczyznowych bohaterów i intensywne emocje. I jak?
Losy poszczególnych członków rodziny Buendia na przestrzeni całego wieku składają się na niesamowitą opowieść, pełną zaskakujących zdarzeń i głębokich emocji. Opowieść niebanalną i niepowtarzalną, choć chyba nie do końca można ją przypisać samemu Márquezowi, gdyż historię owego rodu znał on już od dzieciństwa z przekazu swoich dziadków. Nie umniejsza to w żadnym razie jego zasług w zebraniu i spisaniu tych podań, a nie wątpię, że ubarwił całość również swoimi pomysłami. Nie będę streszczać, relacjonować ani nic z tych rzeczy, bo mam wrażenie, że w przypadku „Stu lat samotności” byłoby to bezcelowe. Zachęcam natomiast do samodzielnego zapoznania się z treścią!
Gabriel García Márquez snuje opowieść pozbawioną wartkiej akcji, aczkolwiek wciągającą bardziej niż niejedna książka, w której fabuła pędzi na łeb na szyję. Nie można jednak powiedzieć, że wiele się tu nie dzieje, bo to nieprawda. Z początku zagłębiłam się w historię Buendiów bez reszty. Mój zapał został nieco ostudzony przez fragmenty opisujące szeroko pojętą rzeczywistość wojenno - rewolucyjną. Nie lubię takiej tematyki, nudzi mnie, męczy, ciężko mi przez nią przebrnąć. Na tamtym etapie pomyślałam: „To ma być ten słynny Márquez?” Teraz właściwie zastanawiam się, jak w ogóle taki gorzki sąd mógł powstać w mojej głowie. Dalsze dzieje rodziny pochłonęłam już dużo szybciej, a ten przykry incydent zbrojny okazał się tylko chwilą w wieczności.
Nie sposób nie wspomnieć o zamieszaniu z drzewem genealogicznym. Ciągle powtarzające się imiona do spółki z moim wrodzonym roztrzepaniem dały mi nieźle popalić. Nie raz po powtórnym podjęciu wątku musiałam chwilę zatrzymywać się nad tekstem i zastanawiać, kto to właściwie jest i czyim jest dzieckiem. Bo w tej książce powiązania rodzinne są niezwykle ważne, są kluczem do całej historii.
![]() |
| http://pl.wikipedia.org |
Realizm magiczny ma w sobie coś magnetyzującego. Te wszystkie elementy fantastyczne, alchemia, latające dywany… Od zawsze byłam i jestem zwolenniczką odrobiny magii w codziennym życiu, dlatego styl Márqueza bardzo przypadł mi do gustu. A te jego liczne zdania wielokrotnie złożone po prostu uwielbiam! Polecam wszystkim „Sto lat samotności” choćby dla samego artystycznego kunsztu. Lecz jeśli to Was nie przekonuje, dorzućcie do tego jeszcze nietuzinkową historię, wielopłaszczyznowych bohaterów i intensywne emocje. I jak?
Etykiety:
Kolumbia,
książki,
wydawnictwo MUZA
środa, 6 lipca 2011
"1Q84, tom 1" Haruki Murakami
„Czas może się posuwać, przybierając nieregularne kształty. Sam w sobie jest z natury równomierny, ale kiedy zostaje zużyty, zmienia się w coś nieregularnego.”
Specjalistką od Murakamiego nie jestem, bo na dobrą sprawę to dopiero moja druga książka jego autorstwa, zaraz po „Na południe od granicy, na zachód od słońca.” Wątpię nawet, czy w ogóle można tytułować się „specjalistą od Murakamiego.” Jest to pisarz tak specyficzny i, rzekłabym, nieobliczalny, że nigdy nie wiadomo, co nowego i ciekawego przyjdzie mu do głowy, ani tym bardziej w jaki sposób zaprezentuje to czytelnikom. I chociaż nie można go zgłębić, można zostać przez niego oczarowanym.
Narracja jest prowadzona na przemian z punktu widzenia dwójki głównych bohaterów. On – Tengo – zajmuje się wykładaniem matematyki, w wolnych chwilach zaś próbuje swoich sił w pisarstwie. Ona – Aomame – z reguły jest instruktorką sztuk walki, tylko czasami przywdziewa maskę bezwzględnego zabójcy. Oboje znali się w dzieciństwie. W ich poukładanym świecie zaczynają się dziać przedziwne rzeczy. Tengo zostaje nagle wplątany w wydawnicze szachrajstwo, codzienność tajemniczej Fukaeri, działalność sekty i historię z Little People. Aomame zaczyna czuć się nie na miejscu w otaczającej rzeczywistości, a jej przeczucie jakby potwierdza się, kiedy zauważa na niebie dwa księżyce. Wszystko wskazuje na to, że bohaterowie spotkają się ponownie.
Nie powiem już nic więcej, nie chcę zdradzać intrygujących szczegółów. Zapewniam od razu, że warto sięgnąć po tę książkę. Fabuła jest, szczerze mówiąc, nieco rozwlekła, jakby nic się nie działo, jednak pierwszy tom to z pewnością dopiero wprowadzenie do fascynującej historii, w dodatku wprowadzenie, które bynajmniej nie nudzi. Nie wiem, jak Murakami to robi, że wciąga czytelnika do wykreowanego świata bez jakichkolwiek trudności. On po prostu opowiada, ale w taki sposób, iż nie można się oderwać od jego prozy. Stworzył wielowymiarowych bohaterów, nadał im wygląd i tchnął w nich dusze. To zabrzmi banalnie, ale czuję się, jakbym ich znała od zawsze. Ponadto Murakami ma taki sympatyczny styl, wciąga w historię, jednocześnie odwracając uwagę od przewracanych kartek, więc ani się obejrzałam, a już połowę pierwszego tomu miałam za sobą. Pomysł z dwoma księżycami idealnie trafił w moje gusta. Czasami myślę sobie, jak fantastycznie byłoby móc dalej wierzyć, że księżycowy królik piecze tam te swoje ryżowe ciasteczka.
„1Q84” to książka specyficzna, co zauważy każdy, i niesamowita, co już może niektórym umknąć. Na pewno warto samemu przeczytać i wydać opinię – póki co tom pierwszy, a jak dobrze pójdzie, to również dwa kolejne. Osobiście nie wyobrażam sobie, żeby porzucić tę historię w takim momencie, właściwie to w żadnym momencie. Kiedy już raz zaczniesz czytać, nie spoczniesz, dopóki nie poznasz zakończenia. Wiem na pewno, że fanką Janáčka i jego Sinfonietty nie będę, ale trylogii japońskiego pisarza – absolutnie.
Specjalistką od Murakamiego nie jestem, bo na dobrą sprawę to dopiero moja druga książka jego autorstwa, zaraz po „Na południe od granicy, na zachód od słońca.” Wątpię nawet, czy w ogóle można tytułować się „specjalistą od Murakamiego.” Jest to pisarz tak specyficzny i, rzekłabym, nieobliczalny, że nigdy nie wiadomo, co nowego i ciekawego przyjdzie mu do głowy, ani tym bardziej w jaki sposób zaprezentuje to czytelnikom. I chociaż nie można go zgłębić, można zostać przez niego oczarowanym.
Narracja jest prowadzona na przemian z punktu widzenia dwójki głównych bohaterów. On – Tengo – zajmuje się wykładaniem matematyki, w wolnych chwilach zaś próbuje swoich sił w pisarstwie. Ona – Aomame – z reguły jest instruktorką sztuk walki, tylko czasami przywdziewa maskę bezwzględnego zabójcy. Oboje znali się w dzieciństwie. W ich poukładanym świecie zaczynają się dziać przedziwne rzeczy. Tengo zostaje nagle wplątany w wydawnicze szachrajstwo, codzienność tajemniczej Fukaeri, działalność sekty i historię z Little People. Aomame zaczyna czuć się nie na miejscu w otaczającej rzeczywistości, a jej przeczucie jakby potwierdza się, kiedy zauważa na niebie dwa księżyce. Wszystko wskazuje na to, że bohaterowie spotkają się ponownie.
Nie powiem już nic więcej, nie chcę zdradzać intrygujących szczegółów. Zapewniam od razu, że warto sięgnąć po tę książkę. Fabuła jest, szczerze mówiąc, nieco rozwlekła, jakby nic się nie działo, jednak pierwszy tom to z pewnością dopiero wprowadzenie do fascynującej historii, w dodatku wprowadzenie, które bynajmniej nie nudzi. Nie wiem, jak Murakami to robi, że wciąga czytelnika do wykreowanego świata bez jakichkolwiek trudności. On po prostu opowiada, ale w taki sposób, iż nie można się oderwać od jego prozy. Stworzył wielowymiarowych bohaterów, nadał im wygląd i tchnął w nich dusze. To zabrzmi banalnie, ale czuję się, jakbym ich znała od zawsze. Ponadto Murakami ma taki sympatyczny styl, wciąga w historię, jednocześnie odwracając uwagę od przewracanych kartek, więc ani się obejrzałam, a już połowę pierwszego tomu miałam za sobą. Pomysł z dwoma księżycami idealnie trafił w moje gusta. Czasami myślę sobie, jak fantastycznie byłoby móc dalej wierzyć, że księżycowy królik piecze tam te swoje ryżowe ciasteczka.
„1Q84” to książka specyficzna, co zauważy każdy, i niesamowita, co już może niektórym umknąć. Na pewno warto samemu przeczytać i wydać opinię – póki co tom pierwszy, a jak dobrze pójdzie, to również dwa kolejne. Osobiście nie wyobrażam sobie, żeby porzucić tę historię w takim momencie, właściwie to w żadnym momencie. Kiedy już raz zaczniesz czytać, nie spoczniesz, dopóki nie poznasz zakończenia. Wiem na pewno, że fanką Janáčka i jego Sinfonietty nie będę, ale trylogii japońskiego pisarza – absolutnie.
Etykiety:
1Q84,
Japonia,
książki,
wydawnictwo MUZA
środa, 8 czerwca 2011
"Z pokorą i uniżeniem" Amélie Nothomb
Jak ja lubię czytać o Japonii! Dlatego nie mogłam sobie odmówić niewątpliwej przyjemności nabycia „Z pokorą i uniżeniem” – tak króciutkiej i tak niedrogiej. To moje pierwsze spotkanie z twórczością belgijskiej autorki, która nawiasem mówiąc ma w sobie coś z japońskiego pracoholizmu i perfekcjonizmu (książki wydaje regularnie co rok, codziennie poświęca dokładnie cztery godziny na pisanie…). A może tylko mi się wydaje.
Pan Haneda jest przełożonym pana Omochi, który jest przełożonym pana Saito, który jest przełożonym panny Mori, która jest przełożoną głównej bohaterki, czyli krótko mówiąc Amélie Nothomb we własnej osobie. Cieniutka książeczka opowiada o perypetiach autorki zatrudnionej w dużej japońskiej korporacji. Na kolejne szczeble jej kariery pada blady cień, kiedy pewnego dnia nieopatrznie zgadza się zaangażować w projekt pomysłu pana Tenshi z innego działu. Od tego momentu zalicza coraz to nowe… awanse. Zadziwiające, do jakiej posady doprowadza ją jedno małe potknięcie.
Mimo że nie znajdziemy tu wartkiej akcji, książka jest w stanie wciągnąć. Naprawdę. Nie na długo, bo kończy się po zaledwie osiemdziesięciu kilku stronach, ale jednak. Ten fakt sprowadza się do przepaści między europejskim a japońskim usposobieniem. Niesamowicie jest poznawać kulturę tak odmienną, z mojego punktu widzenia nawet odrobinę nierealną. Amélie Nothomb serwuje czytelnikom kolejne ciekawostki, nie tracąc przy tym dystansu i humoru, co, zważając na autopsyjny charakter tekstu, musiało być dla pisarki dosyć trudne. Moją uwagę zwróciła też wyrazistość postaci; jedną polubiłam szczególnie – Fubuki. Cóż to za przeurocza osoba! Mam nadzieję, że nigdy nie trafię na taką przełożoną.
Nie byłabym sobą, gdybym nie zwróciła uwagi na jakiś nic nieznaczący szczególik. Otóż udało się ustalić, że „pot Pieta Kramera śmierdział”. Ale nie rozumiem, że to tak wielki fenomen w Tokio. Muszę się temu głębiej przyjrzeć. Japończycy się nie pocą? A może są w posiadaniu super formuły na niezwykle skuteczny dezodorant? Przydałby się jeden na aktualne upały.
Jeśli igraszką losu coś spod pióra Amélie Nothomb wpadnie jeszcze kiedyś w me łapki, to nie omieszkam tego zgłębić, chociaż o ile się orientuję nie wszystkie jej książki traktują o Japonii. To nic. Nie jestem jakoś specjalnie zachwycona, ale spodobał mi się oszczędny styl i zabawne dialogi. A „Z pokorą i uniżeniem” polecam wszystkim, którzy nie mogą się nadziwić odmiennej mentalności naszych azjatyckich przyjaciół.
Etykiety:
Belgia,
Japonia,
książki,
wydawnictwo MUZA
Subskrybuj:
Posty (Atom)





