Jak to jest z tym amerykańskim snem? Jednym się ziszcza, innym zupełnie na odwrót los rzuca same kłody pod nogi. O takiej niesprawiedliwości losu dotkliwie przekonał się bohater, o którym dzisiaj napiszę.
Narratorem opowieści jest Nick Carraway, mieszkający w niepozornym domku, sąsiadującym z rozległą posiadłością Jaya Gatsby’ego na Long Island. Tytułowy bohater dorobił się dużych pieniędzy, zakupił nieruchomości za miastem i teraz pozwala sobie na wydawanie w swej siedzibie wystawnych przyjęć. Na pierwszy rzut oka niczego mu nie brakuje, jednak wnikliwy obserwator jest w stanie stwierdzić, że w jego życiu nie ma – po prostu – miłości. Sprawa jest jednak bardziej skomplikowana, Gatsby bowiem pielęgnuje w swym sercu wspomnienie jedynej kobiety, jaką kiedykolwiek kochał. Po latach rozłąki postanawia to uczucie odzyskać.
Od razu przyczepię się do narratora – właściwie jedyne co mi w nim nie pasuje to to, że uczynienie nim sąsiada Gatsby’ego pozbawia treść przemyśleń i odczuć tytułowej postaci. O ileż bardziej nacechowana emocjami byłaby ta książka, gdyby to Jay opowiadał tę historię. Z drugiej strony czasami takie obiektywne spojrzenie na sytuację z perspektywy niezależnego (chociaż nie do końca) obserwatora może wnieść dużo więcej wartości niż punkty widzenia bezpośrednio zainteresowanych. Nie wiadomo, jak książka udałaby się panu Fitgeraldowi, gdyby narratorem był kto inny. Pozostawię zatem tę kwestię do Waszej osobistej oceny.
Jestem odrobinę rozczarowana, bo, sama nie wiem na jakiej podstawie, liczyłam na prawdziwą bombę, tymczasem otrzymałam „zaledwie” bardzo dobrą powieść. Mimo usilnych starań nie polubiłam bohaterów, nie są tak wyraziści, jak sobie wymarzyłam. Dopiero końcówka książki wzbudziła we mnie jakieś większe przywiązanie do niektórych postaci.
Wśród tego całego narzekania należy powiedzieć, że w gruncie rzeczy „Wielki Gatsby” to bardzo przyzwoity kawałek sztuki. Świetnie ukazany kult pieniądza, pogoń za karierą, rzeczami materialnymi, obłuda i niewierność w związku. Wszystko to w realiach początku XX wieku i wspaniałej scenerii Long Island. Ponadczasowa – to słowo, które najlepiej oddaje charakter powieści. Fitzgerald dobitnie uświadomił mi gorzką prawdę, o której nie wszyscy wiedzą lub nie chcą jej do siebie dopuścić – zakochujemy się nie w osobie, ale w naszym wyobrażeniu o niej. Ta konkluzja dała mi do myślenia na dłuższy czas.
Nie wiem, czy polecam. Chociaż chyba tak, powinno się znać takie klasyki. Wypada samemu przekonać się co i jak. Toteż, choć nie gorąco, serdecznie ani z całego serca, zachęcam do lektury.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dom Wydawniczy Rebis. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dom Wydawniczy Rebis. Pokaż wszystkie posty
piątek, 22 lipca 2011
wtorek, 19 lipca 2011
"Kraina Chichów" Jonathan Carroll
Sięgnęłam po Carrolla, gdyż intrygował mnie tytuł – „Kraina Chichów”. Przedtem nie czytałam żadnych opisów fabuły ani nic z tych rzeczy. Tylko ja i ten tytuł. No i ogromny znak zapytania wiszący w powietrzu.
Tomasz Abbey jest synem sławnego człowieka, nauczycielem angielskiego i wielkim wielbicielem prozy Marshalla France’a. Pewnego dnia uświadamia sobie, że ma już dość nudnego, monotonnego życia. Bierze urlop, pakuje manatki i w towarzystwie poznanej niedawno Saxony wyrusza do Galen – miasteczka, w którym za życia osiedlił się jego największy idol. Tomasz ma zamiar napisać autoryzowaną biografię France’a, co nawet dla tak zagorzałego fana może nie być takie proste. Córka pisarza, Anna, odprawiała wszystkich wcześniejszych potencjalnych biografów z kwitkiem. Czy w przypadku Tomasza będzie inaczej?
Muszę przyznać, że czytanie tak „na czysto” bardzo mi się spodobało, chociaż nie wiem do końca, czy to zasługa samego sposobu pochłaniania książki, czy może raczej genialnej intrygi, jaką zaserwował mi pan Carroll. Fabuła „Krainy Chichów” jest dopracowana w najmniejszych szczegółach. Na uwagę zasługuje znakomicie używana i konstruowana retardacja. Autor podaje nam coraz to nowsze elementy układanki; z każdym kolejnym czytelnik ma wrażenie, że uchwycił misterny zamysł pisarza. Jednak po otrzymaniu następnej wskazówki jest zmuszony zmienić zdanie, i tak aż do zakończenia, które jest ostateczną niespodzianką, tak skomplikowaną w całej swej prostocie. I bynajmniej nie zaspokaja całej ciekawości czytelnika, o nie.
Styl Carrolla nie jest wymuszenie poetycki, ani wymuskany, ani naiwny. Raczej sympatyczny, rzetelny i naturalny. Powinien przypaść do gustu nawet najbardziej wybrednym. Tak samo jak bohaterowie, bowiem „wszystkie jego postacie były takie nowe, a z chwilą, kiedy się je poznało, człowiek nie mógł pojąć, że sobie dotąd bez nich radził w życiu.”[i] Carroll stworzył też niezwykłą atmosferę panującą w Galen, atmosferę wspólnoty zżytej ze sobą bardziej niż zwykła, typowa społeczność. Wynika to z faktu, że mieszkańcy tego miasteczka nie są tacy jak inni, podobni im prowincjusze, co jest znakomicie oddane w treści. Skrywają niejedną tajemnicę i strzegą swoich sekretów, a wszystko to składa się na błyskotliwą machinację. Do teraz jeszcze nie mogę wyjść z małego szoku. Zachęcam do doświadczenia tego stanu.
„Krainę Chichów” zaliczam w poczet swoich ulubionych książek. Po tej lekturze zwykły latawiec nigdy już nie będzie tylko latawcem. To samo tyczy się bulterierów. Bardzo, bardzo polecam!
Tomasz Abbey jest synem sławnego człowieka, nauczycielem angielskiego i wielkim wielbicielem prozy Marshalla France’a. Pewnego dnia uświadamia sobie, że ma już dość nudnego, monotonnego życia. Bierze urlop, pakuje manatki i w towarzystwie poznanej niedawno Saxony wyrusza do Galen – miasteczka, w którym za życia osiedlił się jego największy idol. Tomasz ma zamiar napisać autoryzowaną biografię France’a, co nawet dla tak zagorzałego fana może nie być takie proste. Córka pisarza, Anna, odprawiała wszystkich wcześniejszych potencjalnych biografów z kwitkiem. Czy w przypadku Tomasza będzie inaczej?
Muszę przyznać, że czytanie tak „na czysto” bardzo mi się spodobało, chociaż nie wiem do końca, czy to zasługa samego sposobu pochłaniania książki, czy może raczej genialnej intrygi, jaką zaserwował mi pan Carroll. Fabuła „Krainy Chichów” jest dopracowana w najmniejszych szczegółach. Na uwagę zasługuje znakomicie używana i konstruowana retardacja. Autor podaje nam coraz to nowsze elementy układanki; z każdym kolejnym czytelnik ma wrażenie, że uchwycił misterny zamysł pisarza. Jednak po otrzymaniu następnej wskazówki jest zmuszony zmienić zdanie, i tak aż do zakończenia, które jest ostateczną niespodzianką, tak skomplikowaną w całej swej prostocie. I bynajmniej nie zaspokaja całej ciekawości czytelnika, o nie.
Styl Carrolla nie jest wymuszenie poetycki, ani wymuskany, ani naiwny. Raczej sympatyczny, rzetelny i naturalny. Powinien przypaść do gustu nawet najbardziej wybrednym. Tak samo jak bohaterowie, bowiem „wszystkie jego postacie były takie nowe, a z chwilą, kiedy się je poznało, człowiek nie mógł pojąć, że sobie dotąd bez nich radził w życiu.”[i] Carroll stworzył też niezwykłą atmosferę panującą w Galen, atmosferę wspólnoty zżytej ze sobą bardziej niż zwykła, typowa społeczność. Wynika to z faktu, że mieszkańcy tego miasteczka nie są tacy jak inni, podobni im prowincjusze, co jest znakomicie oddane w treści. Skrywają niejedną tajemnicę i strzegą swoich sekretów, a wszystko to składa się na błyskotliwą machinację. Do teraz jeszcze nie mogę wyjść z małego szoku. Zachęcam do doświadczenia tego stanu.
„Krainę Chichów” zaliczam w poczet swoich ulubionych książek. Po tej lekturze zwykły latawiec nigdy już nie będzie tylko latawcem. To samo tyczy się bulterierów. Bardzo, bardzo polecam!
[i] Jonathan Carroll, „Kraina Chichów”, Dom Wydawniczy Rebis, Poznań 2010, str. 17
Etykiety:
Dom Wydawniczy Rebis,
książki,
Stany Zjednoczone,
ulubione
Subskrybuj:
Posty (Atom)

