Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Francja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Francja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 30 lipca 2011

"Cyrulik sewilski" Pierre Augustin Caron de Beaumarchais

„(…) poproszę cię, znakomity panie, abyś mnie sądził sam, bez względu na przeszłe, obecne i przyszłe krytyki; wiesz bowiem, iż z profesji gazeciarze są często wrogami pisarzy. Będę miał nawet tę zachłanność, aby cię uprzedzić, iż raz wziąwszy w ręce akta sprawy, czy chcesz, czy nie, musisz bezwarunkowo być mym sędzią, jesteś bowiem moim czytelnikiem.”[i]

Wedle życzenia, monsieur de Beaumarchais.

Hrabia Almawiwa zakochał się w dziewczynie imieniem Rozyna. To dla niej przyjechał z Madrytu do Sewilli i wystaje na ulicy pod jej oknem, roztropnie podając się za ubogiego Lindora. Rozynie grozi ożenek z jej posuniętym w latach opiekunem, Bartolo. Hrabia, upewniwszy się co do uczuć dziewczyny, postanawia nie dopuścić do tych zaślubin. W osiągnięciu celu pomaga mu dawny sługa, Figaro, który obecnie świadczy usługi rywalowi Almawiwy. Cała heca prowadzi do dość przewidywalnego, acz bardzo ciekawego zakończenia. Nie na darmo podtytuł dramatu brzmi „Daremna przezorność”!

Nie mam dużego doświadczenia z francuskimi komediami. Jedyną, jaką sobie w tej chwili przypominam, jest „Świętoszek” Moliera, notabene godny polecenia. Trudno jest mi zatem stwierdzić, czy „Cyrulik…” to tylko utwór jakich wiele. Niemniej jest na tyle zabawny, że z chęcią wybrałabym się kiedyś na przedstawienie teatralne. Mamy tu do czynienia z trzema rodzajami komizmu: słowa, sytuacji i postaci. (Nauka w liceum nie poszła na marne!) Oto mała próbka pierwszego z nich:

Głowa trzęsąca, pałka goła,
Oczy wypukłe, niby u woła,
Szyja na bakier, krzywa łopatka,
Kibić zręczna jak u niedźwiadka,
Gęba dziobata, mina tępa.
Nos zakrzywiony, jak u sępa,
Nogi skręcone i koszlawe,
Głos oburkliwy, suknie wszawe;
Postać stworzona do amorów:
Słowem – to brylant wszechdoktorów![ii]

Na uwagę zasługuje również fabuła. Pozornie jest to historia na wskroś banalna, powiedziałabym nawet: rodem z telenoweli. W rzeczywistości spotykamy się tu z humorystyczną intrygą i kłamstwami szytymi naprawdę cienkimi nićmi, na które jednak dają się nabrać niektórzy bohaterowie. Przesympatyczną postacią jest tytułowy cyrulik Figaro. Jeśli tylko będę miała okazję, na pewno wybiorę się na jego „Wesele…”. Świetnie nakreślony został również Bartolo, on z kolei jako czarny charakter.

Kto z Was w ciągu ostatnich trzech lat dobrowolnie przeczytał jakikolwiek dramat? Mam wrażenie, że w ogóle się tego nie praktykuje, nie wliczając szkoły i lektur obowiązkowych. To rodzaj nietypowy jak na dzisiejsze czasy i odchodzący w zapomnienie. Szkoda, bo niektóre utwory naprawdę zasługują na większą uwagę. Jedne mniej, drugie bardziej, ale jednak. Dlatego z całym rozmysłem polecam „Cyrulika sewilskiego”.

A na sam koniec coś, z czym ta sztuka będzie mi się kojarzyć po wsze czasy ;)




[i] Pierre Augustin Caron de Beaumarchais, „Cyrulik sewilski”, Wydawnictwo Zielona Sowa, Kraków 2003, Umiarkowany list o upadku i krytyce „Cyrulika sewilskiego”, str. 30
[ii] tamże, str. 87

poniedziałek, 4 lipca 2011

"Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" Mario Vargas Llosa

Kiedy Mario Vargas Llosa otrzymał Literacką Nagrodę Nobla, w szkolnej bibliotece stało się coś, czego jeszcze nigdy tam nie widziałam. W którymś miejscu powieszono plakat, obwieszczający tę radosną nowinę, na specjalnym stoliku zorganizowano jakąś wystawkę poświęconą autorowi, a jego książki zostały ustawione na pierwszym planie na najatrakcyjniejszych półkach. Nie przypominam sobie, żeby jakiś wcześniejszy noblista wywołał takie zamieszanie. Z tej właśnie okazji, już wtedy postanowiłam sięgnąć po książkę pióra Llosy, ale jakoś… nie było czasu? Dopiero w tym jakże miłym okresie wakacyjnym, w oczekiwaniu na wyniki procesu rekrutacji, zabrałam się za pozycję o niezwykle kuszącym tytule, mianowicie „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki.”

Jest to historia miłości niezwykle trudnej, niszczącej i, jakkolwiek na nią nie patrzeć, nieodwzajemnionej. Nasz bohater, Ricardo Somocurcio, wpadł po uszy już jako nastolatek - zakochał się w pięknej i przebiegłej Chilijeczce imieniem Lily. Razem z jej siostrą Lucy i innymi znajomymi spędzają gorące lato w Peru. W wyniku niefortunnego splotu wydarzeń, dziewczyna znika z dzielnicy Miraflores i tym samym z życia Ricardo… przynajmniej na jakiś czas. Będzie powracać i nawiedzać jego z grubsza poukładany żywot niczym (nie)chciany sen. Będzie odznaczać piętno toksycznego uczucia na beznadziejnie zaślepionym bohaterze. Nie będzie miała litości. A jemu nie będzie dane zaznać spokoju.

Szczerze mówiąc, spodziewałam się po tej książce odrobinę czego innego, ale to co mi zaserwowano, w żadnym wypadku nie jest rozczarowujące. Bez problemu odczułam siłę destrukcyjnej miłości, niemożliwej do spełnienia z pewnych do bólu prozaicznych powodów. Lektura pozostawiła we mnie burzę emocji, z którymi jak na razie nie mogę dojść do ładu. Uświadomiłam sobie, jak wielką władzę nad mężczyzną ma stosownie umotywowana, zuchwała kobieta. Kobieta w ogóle, czyli poniekąd ja także. Jak z każdą władzą, również i z tą nieodłącznie związana jest odpowiedzialność - a z nią bywa różnie. Gorąco zachęcam, byście sami zgłębili tę kwestię podczas czytania „Szelmostw…”.

Niezmiernie podoba mi się styl autora. Taki lekki, a zarazem niepozostawiający wątpliwości, że mamy do czynienia z wielkim pisarstwem. Llosa umiejętnie wplata w treść zagadnienia, których na ogół unikam, między innymi wątki polityczne. Jednak w tym przypadku daty i fakty są jakby rzucane mimochodem, a nawet, co dla mnie niepojęte, ciekawe. Wyjątkowo absorbujące są fragmenty opisujące życie postaci stojących względnie z boku całej historii. Moją ulubioną jest Juan Barreto. Zgadzam się, że zdrobnienia pokroju „piersiątek” i „ciałka”, zwłaszcza w odniesieniu do pięćdziesięcioletniej kobiety, odrobinę irytują, jednak nie są znowu tak liczne, by dłużej się nad tym rozwodzić. Miło zaskoczyła mnie szczypta prawdy o dawnym życiu niegrzecznej dziewczynki. Nie wiem dlaczego, ale za każdym razem, kiedy czytam o takich tajemniczych kobietach bez przeszłości i bez najmniejszego wytłumaczenia ich postępowania, chociaż maleńkiego, mam wrażenie, że autor sam dobrze nie wiedział, co począć z taką bidulką. Tak było przy „Na południe od granicy, na zachód od słońca” Murakamiego. Ale nie tym razem. I właściwie jedyne, co mi się nie podobało, to zakończenie, ale gdzieś w głębi wiem, że było jedynym słusznym zwieńczeniem tej historii.

Gorąco polecam! Przekonajcie się sami, ile szelmostw była w stanie wyrządzić taka jedna la niña mala.

piątek, 17 czerwca 2011

"Kim byłbym bez Ciebie?" Guillaume Musso

Moja przygoda z prozą Musso zaczęła się już dawno temu, kiedy koleżanka pożyczyła mi „Uratuj mnie”. Wtedy jeszcze nie planowałam bliższego zapoznania się z twórczością owego pana. Traf chciał, że jakiś czas później natknęłam się w księgarni na „Potem…” i w ten oto sposób przeczytałam wszystkie książki autora okrzykniętego jednym z dwóch najpopularniejszych pisarzy Francji.

Pierwsze, co rzuciło mi się w oczy w „Kim byłbym bez Ciebie?”, to odmieniona szata graficzna w stosunku do reszty serii. Zmianie uległy proporcje tytułu i nazwiska autora, a także same wymiary książki. Osobiście nie lubię tego typu modyfikacji, ale nowa okładka tak mi się podoba, że jestem skłonna całkowicie wybaczyć wydawnictwu ten zabieg.

Martin Beaumont, dwudziestojednoletni Francuz, wyjeżdża do San Francisco, by podszkolić swój angielski i poznać Stany. W czasie pobytu w USA spotyka rok młodszą Gabrielle. Młodzi zakochują się w sobie bez pamięci, jednak po powrocie Martina do ojczystego kraju kontakt się urywa. Trzynaście lat później Martin jest paryskim policjantem. Prowadzi sprawę Archibalda McLeana, króla złodziei dzieł sztuki. Przeszłość dopada go nieubłaganie, gdy okazuje się, że przestępca jest ojcem jego ukochanej sprzed lat. Obaj mężczyźni wkraczają w życie Gabrielle po długim czasie, a ona usiłuje odzyskać i jednego, i drugiego i nie stanąć przed niemożliwym wyborem. Jak zakończy się ta historia?

Nieoczekiwanie! Musicie wiedzieć, że Musso jest mistrzem w konstruowaniu niespodziewanych finałów. „Kim byłbym bez Ciebie?” nie może poszczycić się najbardziej zadziwiającym zakończeniem w dorobku francuskiego pisarza, gdyż przypada ono w udziale „Ponieważ Cię kocham”, niemniej – zaskakuje. Powieść została napisana lekkim stylem, lecz tematy których dotyka bynajmniej nie należą do łatwych. Miłość, przyjaźń, zaufanie… W dzisiejszych czasach trudno jest przedstawić te i im podobne motywy, nie popadając w marysuizm czy banał. Tymczasem Musso umiejętnie lawiruje pomiędzy namiętnościami bohaterów. Każda strona książki przesiąknięta jest emocjami szukającymi ujścia poprzez czytanie zawartych na niej słów. Cała gama emocji towarzyszy nam już od dedykacji aż po spis treści. Postaci nie są płaskie; sprawiają wrażenie realnych, żyjących obok nas ludzi. I chociaż zachowanie Gabrielle względem Martina po wielu latach rozłąki z początku wydawało mi się odrobinę sztuczne, wyjaśniło się ono z biegiem czasu. Akcja powieści rozgrywa się w cudownej scenerii Paryża i San Francisco. Musso kreśli przed czytelnikami zjawiskowe, miejskie krajobrazy w taki sposób, że można wręcz poczuć nocną atmosferę przy muzeum impresjonistów czy silne podmuchy wiatru na Golden Gate Bridge.

Polecam wszystkim łaknącym niebanalnych historii o miłości i nie tylko! Już nie mogę się doczekać kolejnych książek pana Musso: La fille de papier oraz L’appel de l’ange. W takich chwilach żałuję, że moja edukacja języka francuskiego już się zakończyła. A mogłabym przeczytać je w oryginale…