Część pierwsza cyklu – „Bezduszna” – totalnie mnie zauroczyła, dlatego po „Bezzmiennej” spodziewałam się nie mniejszej zabawy. Zatem kiedy ciekawość wzięła górę nad rozmyślnym zwlekaniem z lekturą (by skrócić czas oczekiwania na „Bezgrzeszną”), z radością odkryłam, iż część druga zapewnia kilka godzin niekłamanej rozrywki.
Tym razem Alexia musi stawić czoło przedziwnej pladze, która odbiera wampirom i wilkołakom ich nieśmiertelność oraz zaklina duchy (chciałoby się rzec – na śmierć). Zaraza pojawia się w Londynie niespodziewanie i takoż idzie precz. W tym samym czasie mąż byłej panny Tarabotti ulatnia się, nie zostawiwszy żadnej wiadomości. Lady Maccon musi zatem poradzić sobie z pułkiem żołnierzy, powracających do domu, nie pozwolić dewanowi i potentatowi wejść sobie na głowę, a ponadto przetrawić rewelacje przynoszone jej przez drogą przyjaciółkę Ivy. Plaga jest jednak sprawą nadrzędną, dlatego Alexia bez reszty poświęca się śledztwu, które prowadzi ją do Szkocji, ojczyzny lorda Maccona. Przygotowania do wyprawy i sama podróż są bogate w liczne niespodzianki, ale to wcale nie znaczy, że po wylądowaniu sterowca na bohaterów nie czekają kolejne.
W drugiej części mamy przyjemność z fabułą równie ciekawą, co w części poprzedniej. Ponownie spotykamy wampiry, wilkołaki, duchy, XIX-wieczne Wyspy Brytyjskie, cudowne wynalazki, etykietę i tym podobne. Miałam do czynienia ze stwierdzeniem, że Carriger zaliczyła w „Bezzmiennej” kilka spadków napięcia, jednak mnie osobiście akcja wciągnęła bez reszty, żaden moment nie był choć trochę nużący czy monotonny. Napięcie towarzyszyło mi przez cały czas, a w miejscach pozbawionych zwrotów akcji autorka po prostu próbowała uśpić moją czujność. Zakończenie, zgodnie z tym co wcześniej słyszałam, jest bardzo stresujące. Nie wiem, jak wytrzymam do października, by poznać dalsze losy Alexii i innych.
Na horyzoncie pojawiają się nowi, barwni bohaterowie, między innymi tajemnicza i wymykająca się konwenansom madame Lefoux, którą bardzo polubiłam. Moja sympatia dla postaci znanych z poprzedniej części bynajmniej nie osłabła, ale tym razem, zamiast na państwo Maccon, zwróciłam większą uwagę na pannę Ivy Hisselpenny, która dopiero teraz ujawniła się nie tylko jako miłośniczka paskudnych kapeluszy, lecz również rozkosznie głupiutka, a przy tym niesamowicie zabawna osóbka (kwestia o kolanach rozłożyła mnie na łopatki). Styl pani Carriger nie ustępuje tutaj w niczym części pierwszej, jest tak samo zachwycający. Ten sam inteligentny dowcip i cięta riposta, bez dwóch zdań. Czuję się kompletnie oczarowana, mówiłam już? Nie? To mówię. Ja chcę więcej takich książek!
Polecam, a jakże!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielka Brytania. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wielka Brytania. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 1 sierpnia 2011
wtorek, 12 lipca 2011
"Bezduszna" Gail Carriger
O tej książce sporo się naczytałam, zanim sama po nią sięgnęłam. Co wyczytałam? Same pozytywne recenzje. Już po lekturze mogę stwierdzić, iż nie napiszę nic oryginalnego, gdyż moja opinia o debiutanckiej powieści pani Carriger znacznie pokrywa się z innymi.
Alexia Tarabotti bynajmniej nie pretenduje do miana kobiecego ideału londyńskiej socjety. Kilka drobnych mankamentów dyskwalifikuje ją w tej kwestii: śniada cera, duży nos, stosunkowo obfite kształty, włoskie korzenie, absurdalnie pojmowane staropanieństwo i tytułowa bezduszność, aczkolwiek akurat o tej ostatniej przypadłości wiedzą tylko nieliczni. Na pewnym nieciekawym przyjęciu, na którym podano skandalicznie mało jedzenia, Alexia zostaje zaatakowana przez nieobytego, bezczelnego i, szczyt prostactwa!, sepleniącego wampira. Zuchwalec, na nieszczęście dla niego, nie był stosownie poinformowany o niezwykle rzadkim atrybucie niedoszłej ofiary, co zakończyło się morderstwem zgoła nieplanowanym. Aparatura rządowa w osobie dość świeżo upieczonego hrabiego Woolsey, Conalla Maccona, wszczyna gruntowne śledztwo w sprawie niewychowanego wampira. Wszystko wskazuje na to, że delikwent nie należał do żadnego miejscowego ula. Fakt ten, ze wszech miar absorbujący, wzbudza niepokój zarówno lorda Maccona, jak i samej Alexi. Bohaterowie zostają wplątani w osobliwą intrygę, która zbliży ich do siebie bardziej niżby ktokolwiek mógł przypuszczać.
Wilkołaki, wampiry, duchy – to wszystko już przecież było. Ale nie w realiach mojej ukochanej, wiktoriańskiej Anglii! Dworskie maniery, etykieta, wynalazki, w tym fascynujące sterowce, cudowne stroje… Czasami łapię się na myśli, że w wyniku czyjegoś niedopatrzenia urodziłam się w nieodpowiednich czasach. Tą smutną konstatację rekompensuję sobie czytaniem książek, których akcja osadzona jest na dziewiętnastowiecznych Wyspach Brytyjskich. „Bezduszna” tchnęła w ten okres nieco zbawiennej świeżości. Zresztą nie tylko w niego, bo i w cały gatunek paranormali, w których wampiry i wilkołaki występują w rolach głównych.
Muszę koniecznie wspomnieć o doskonałym humorze i ciętych językach bohaterów. Niektóre fragmenty doprowadziły mnie do łez radości, moich rodziców zaś zapewne do daleko idących wniosków, kiedy patrzyli, jak śmiałam się do kartek. Cóż, nie może być chyba lepszej rekomendacji dla książki, niż uporczywe czytanie bez względu na ryzyko ujścia za… specyficzne indywiduum. Gail Carriger pisze zachwycającym, stylizowanym językiem, niepozbawionym nuty sarkazmu, ironii ani też błyskotliwego dowcipu. Jej warsztat ujął mnie już od kilku pierwszych stron, później natomiast było tylko lepiej. Bohaterowie są wyraziści i wzbudzają niebywałą sympatię, pomimo swoich, w niektórych przypadkach licznych, przywar.
Polecam, polecam, polecam! Oficjalnie zostaję fanką cyklu. Nie ma takiej siły, która powstrzymałaby mnie przed przeczytaniem kolejnych części Protektoratu Parasola!
Alexia Tarabotti bynajmniej nie pretenduje do miana kobiecego ideału londyńskiej socjety. Kilka drobnych mankamentów dyskwalifikuje ją w tej kwestii: śniada cera, duży nos, stosunkowo obfite kształty, włoskie korzenie, absurdalnie pojmowane staropanieństwo i tytułowa bezduszność, aczkolwiek akurat o tej ostatniej przypadłości wiedzą tylko nieliczni. Na pewnym nieciekawym przyjęciu, na którym podano skandalicznie mało jedzenia, Alexia zostaje zaatakowana przez nieobytego, bezczelnego i, szczyt prostactwa!, sepleniącego wampira. Zuchwalec, na nieszczęście dla niego, nie był stosownie poinformowany o niezwykle rzadkim atrybucie niedoszłej ofiary, co zakończyło się morderstwem zgoła nieplanowanym. Aparatura rządowa w osobie dość świeżo upieczonego hrabiego Woolsey, Conalla Maccona, wszczyna gruntowne śledztwo w sprawie niewychowanego wampira. Wszystko wskazuje na to, że delikwent nie należał do żadnego miejscowego ula. Fakt ten, ze wszech miar absorbujący, wzbudza niepokój zarówno lorda Maccona, jak i samej Alexi. Bohaterowie zostają wplątani w osobliwą intrygę, która zbliży ich do siebie bardziej niżby ktokolwiek mógł przypuszczać.
Wilkołaki, wampiry, duchy – to wszystko już przecież było. Ale nie w realiach mojej ukochanej, wiktoriańskiej Anglii! Dworskie maniery, etykieta, wynalazki, w tym fascynujące sterowce, cudowne stroje… Czasami łapię się na myśli, że w wyniku czyjegoś niedopatrzenia urodziłam się w nieodpowiednich czasach. Tą smutną konstatację rekompensuję sobie czytaniem książek, których akcja osadzona jest na dziewiętnastowiecznych Wyspach Brytyjskich. „Bezduszna” tchnęła w ten okres nieco zbawiennej świeżości. Zresztą nie tylko w niego, bo i w cały gatunek paranormali, w których wampiry i wilkołaki występują w rolach głównych.
Muszę koniecznie wspomnieć o doskonałym humorze i ciętych językach bohaterów. Niektóre fragmenty doprowadziły mnie do łez radości, moich rodziców zaś zapewne do daleko idących wniosków, kiedy patrzyli, jak śmiałam się do kartek. Cóż, nie może być chyba lepszej rekomendacji dla książki, niż uporczywe czytanie bez względu na ryzyko ujścia za… specyficzne indywiduum. Gail Carriger pisze zachwycającym, stylizowanym językiem, niepozbawionym nuty sarkazmu, ironii ani też błyskotliwego dowcipu. Jej warsztat ujął mnie już od kilku pierwszych stron, później natomiast było tylko lepiej. Bohaterowie są wyraziści i wzbudzają niebywałą sympatię, pomimo swoich, w niektórych przypadkach licznych, przywar.
Polecam, polecam, polecam! Oficjalnie zostaję fanką cyklu. Nie ma takiej siły, która powstrzymałaby mnie przed przeczytaniem kolejnych części Protektoratu Parasola!
czwartek, 23 czerwca 2011
"Quidditch przez wieki" Kennilworthy Whisp
Odbijajcie tłuczki, chłopcy, migiem podajcie kafla.
Dla was rozbić nosów siedem, to jak dla nas schrupać wafla.
My chcemy goola! Gooola!
Zanim złoty zabłyśnie znicz!
Strzelajcie goola! Gooola!
Lecz nie dajcie sobie go wbić!
„Quidditch przez wieki”, podobnie jak „Fantastyczne zwierzęta…”, powstał pod wpływem chęci zasilenia konta fundacji Comic Relief. Całkowity zysk ze sprzedaży został przeznaczony na zaspokojenie potrzeb ludzi w najuboższych państwach świata. Za nazwiskiem Kennilworthy Whisp kryje się autorka serii o Harrym Potterze, Joanne Kathleen Rowling, znana również jako Newt Skamander. Tym razem pisarka zdecydowała się przybliżyć czytelnikom historię, przepisy, chwyty taktyczne i wiele innych informacji o najpopularniejszym wśród czarodziejów sporcie miotlarskim. Książeczka jest kopią egzemplarza z Biblioteki Szkolnej Hogwartu, dlatego nie mogło w niej zabraknąć ostrzeżeń ze strony bibliotekarki, pani Pince. Analogicznie do „Fantastycznych zwierząt…” pojawia się tu przedmowa Albusa Dumbledore’a. W dalszej części pan Whisp zabiera czytelników w podróż po różnych zakątkach czarodziejskiego świata, w których działy się rzeczy mające wpływ na rozwój quidditcha. Autor raczy nas również historią ewolucji latającej miotły, charakterystyką najsławniejszych drużyn, opisem obecności owego sportu na poszczególnych kontynentach itd.
Zasadniczo znacznie bardziej wolę po prostu obserwować grę, zamiast o niej czytać, jednakże w tym jednym przypadku lektura jest niezwykle absorbująca. Treść wzbogacają atrakcyjne rysunki, a całość ma w sobie czarodziejskiego ducha. Książeczka ta nie zastąpi barwnych opisów gry, znajdujących się w tomach serii, ale będzie ich doskonałym dopełnieniem. Nadmienię, że „Quidditch przez wieki” zawiera polski akcent, co na pewno niezmiernie ucieszy polskich kibiców. Polecam! Obowiązkowa pozycja dla wszystkich fanów Pottera, nawet dla tych stroniących od sportu.
Zostały mi jeszcze „Baśnie barda Beedle’a” do kompletu. Już ja je dorwę!
Etykiety:
ciekawostki,
Harry Potter,
książki,
Wielka Brytania,
wydawnictwo Media Rodzina
środa, 22 czerwca 2011
"Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć" Newt Skamander
Jestem dzieckiem Harry’ego Pottera – jakkolwiek to brzmi. Uświadomiłam to sobie, kiedy ostatnio u fryzjera zobaczyłam jemiołę i pierwsze, co przyszło mi na myśl, to: „Pewnie pełno w niej nargli.” I chociaż etap wystawania w kolejce pod księgarnią o nieludzkiej porze mam już za sobą (bynajmniej nie dlatego, że z tego wyrosłam; powstrzymuje mnie jedynie fakt, iż wszystkie tomy zostały już wydane), zawsze z sentymentem wracam do tej serii.„Fantastyczne zwierzęta…” zostały napisane z myślą o działalności charytatywnej. Cały dochód ze sprzedaży książeczki został przeznaczony na pomoc ludziom w najbiedniejszych państwach świata za pośrednictwem fundacji Comic Relief. Niezależnie od pobudek kierujących autorką (pod pseudonimem Newta Skamandera ukrywa się nie kto inny, tylko sama Joanne Kathleen Rowling), pozycja ta jest doskonałym uzupełnieniem wiedzy o świecie młodego czarodzieja. Właściwą treść poprzedzają informacje o autorze podręcznika oraz humorystyczna przedmowa samego Albusa Dumbledore’a. Fani Harry’ego mają znakomitą okazję zapoznać się z historycznymi próbami zaprowadzenia porządku w podziale istot i zwierząt, a także przyjrzeć się bliżej klasyfikacji tych drugich ustalonej przez Ministerstwo Magii. Książka zawiera nazwy, opisy i rozmaite ciekawostki na temat (prawie) wszystkich znanych nam już z siedmiu tomów futrzaków i nie tylko. Dodatkowym walorem publikacji są „odręczne” notatki sporządzone przez Harry’ego, Rona i Hermionę, w dużej mierze odnoszące się do Hagrida – nie sposób przecież pominąć tego dobrodusznego miłośnika zwierzątek.
„Fantastyczne zwierzęta…” nie będą miały żadnej wartości dla czytelnika niezaznajomionego z historią Chłopca, Który Przeżył (czyli typowego mugola). Jednakże dla entuzjastów kolejnych części „Harry’ego Pottera…” stanowią one niezastąpione źródło informacji i niepowtarzalną okazję do zagłębienia się w świat czarodziejów jeszcze jeden raz. Gorąco polecam wszystkim wielbicielom pióra pani Rowling!
PS. Na stronie wydawnictwa znalazłam ciekawą informację o niezwykle tajemniczym ogłoszeniu. Jutro o godzinie 13:00 naszego czasu J. K. Rowling obwieści owego newsa poprzez serwis YouTube. Zapraszam zatem wszystkich na jej kanał i witrynę pottermore.com!
Etykiety:
ciekawostki,
Harry Potter,
książki,
Wielka Brytania,
wydawnictwo Media Rodzina
sobota, 11 czerwca 2011
"Notting Hill" Philip O'Connor
Tej historii chyba nie trzeba nikomu opowiadać, a to za sprawą słynnego obrazu z Julią Roberts i Hugh Grantem w rolach głównych. Piękna gwiazda filmowa plus zupełnie zwyczajny, acz przystojny facet równa się miłość jak z bajki. Czegoż chcieć więcej?Ano właśnie, dobre pytanie. Autor książki najwyraźniej wyszedł z założenia, że niczego. Czytanie „Notting Hill” było jak przewijanie kolejnych kadrów filmu. Ja naprawdę rozumiem, że ten tekst został napisany „na podstawie scenariusza Richarda Curtisa”, o czym się usilnie przypomina na każdym kroku, ale czy to ma oznaczać po prostu spisanie filmowych dialogów z małymi zmianami i okraszenie ich zdawkowymi opisami, tam gdzie to konieczne? Drobne ingerencje w fabułę też mnie bynajmniej nie zachwyciły (oho, w książce Anna jednak zjadła perliczkę!). Być może jestem nieco surowa, ale mimo niewielkich oczekiwań względem tego tytułu, czuję się bardzo, bardzo rozczarowana.
Mamy tu jednak do czynienia ze zjawiskiem wykraczającym poza jedną tylko pozycję. Nie tak dawno przekonywałam szanowną komisję egzaminacyjną, że porządna adaptacja filmowa nie polega na skrupulatnym odfotografowaniu powieści, gdyż prowadzi to jedynie do powierzchownego odczytania dzieła; konieczny jest akt twórczy, uwypuklenie wątków i postaci istotnych dla problematyki, poszukiwanie ekranowych ekwiwalentów. A jak to się ma do sytuacji odwrotnej – przeniesienia ruchomego obrazu na papier? Trudne pytanie, ale nikt nie mówił, że będzie łatwo. Wiem na pewno, że skupienie się na dokładnym odwzorowaniu filmu to nie to, czego oczekują czytelnicy; w ostateczności wyłącznie jedna czytelniczka, czyli ja.
Osobiście, sięgając po tę pozycję, nie miałam pojęcia, czego mogę się spodziewać. Była to moja pierwsza tego typu książka i obawiam się, że ostatnia. Chociaż nie, jeśli wszystkie są schematyczne i nie wnoszą kompletnie żadnych nowych wartości, to się nie obawiam. Wcale a wcale. Zapewne kiedyś spróbuję zatrzeć to niemiłe wrażenie, na razie jednak podziękuję wszelkiej radosnej twórczości opartej na kasiastych, hollywoodzkich produkcjach.
„Notting Hill” może i byłoby dobre na chroniczną nudę, ale istnieje tyle innych, świetnych książek, że tej nie poleciłabym nikomu; chyba że totalnym fanatykom Anny i Williama, ale i Ci mogą poczuć się rozczarowani.
A co Wy myślicie o książkach pisanych na podstawie scenariusza?
Etykiety:
książki,
Wielka Brytania,
wydawnictwo Bellona
Subskrybuj:
Posty (Atom)


