„Czas może się posuwać, przybierając nieregularne kształty. Sam w sobie jest z natury równomierny, ale kiedy zostaje zużyty, zmienia się w coś nieregularnego.”
Specjalistką od Murakamiego nie jestem, bo na dobrą sprawę to dopiero moja druga książka jego autorstwa, zaraz po „Na południe od granicy, na zachód od słońca.” Wątpię nawet, czy w ogóle można tytułować się „specjalistą od Murakamiego.” Jest to pisarz tak specyficzny i, rzekłabym, nieobliczalny, że nigdy nie wiadomo, co nowego i ciekawego przyjdzie mu do głowy, ani tym bardziej w jaki sposób zaprezentuje to czytelnikom. I chociaż nie można go zgłębić, można zostać przez niego oczarowanym.
Narracja jest prowadzona na przemian z punktu widzenia dwójki głównych bohaterów. On – Tengo – zajmuje się wykładaniem matematyki, w wolnych chwilach zaś próbuje swoich sił w pisarstwie. Ona – Aomame – z reguły jest instruktorką sztuk walki, tylko czasami przywdziewa maskę bezwzględnego zabójcy. Oboje znali się w dzieciństwie. W ich poukładanym świecie zaczynają się dziać przedziwne rzeczy. Tengo zostaje nagle wplątany w wydawnicze szachrajstwo, codzienność tajemniczej Fukaeri, działalność sekty i historię z Little People. Aomame zaczyna czuć się nie na miejscu w otaczającej rzeczywistości, a jej przeczucie jakby potwierdza się, kiedy zauważa na niebie dwa księżyce. Wszystko wskazuje na to, że bohaterowie spotkają się ponownie.
Nie powiem już nic więcej, nie chcę zdradzać intrygujących szczegółów. Zapewniam od razu, że warto sięgnąć po tę książkę. Fabuła jest, szczerze mówiąc, nieco rozwlekła, jakby nic się nie działo, jednak pierwszy tom to z pewnością dopiero wprowadzenie do fascynującej historii, w dodatku wprowadzenie, które bynajmniej nie nudzi. Nie wiem, jak Murakami to robi, że wciąga czytelnika do wykreowanego świata bez jakichkolwiek trudności. On po prostu opowiada, ale w taki sposób, iż nie można się oderwać od jego prozy. Stworzył wielowymiarowych bohaterów, nadał im wygląd i tchnął w nich dusze. To zabrzmi banalnie, ale czuję się, jakbym ich znała od zawsze. Ponadto Murakami ma taki sympatyczny styl, wciąga w historię, jednocześnie odwracając uwagę od przewracanych kartek, więc ani się obejrzałam, a już połowę pierwszego tomu miałam za sobą. Pomysł z dwoma księżycami idealnie trafił w moje gusta. Czasami myślę sobie, jak fantastycznie byłoby móc dalej wierzyć, że księżycowy królik piecze tam te swoje ryżowe ciasteczka.
„1Q84” to książka specyficzna, co zauważy każdy, i niesamowita, co już może niektórym umknąć. Na pewno warto samemu przeczytać i wydać opinię – póki co tom pierwszy, a jak dobrze pójdzie, to również dwa kolejne. Osobiście nie wyobrażam sobie, żeby porzucić tę historię w takim momencie, właściwie to w żadnym momencie. Kiedy już raz zaczniesz czytać, nie spoczniesz, dopóki nie poznasz zakończenia. Wiem na pewno, że fanką Janáčka i jego Sinfonietty nie będę, ale trylogii japońskiego pisarza – absolutnie.
środa, 6 lipca 2011
poniedziałek, 4 lipca 2011
"Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki" Mario Vargas Llosa
Kiedy Mario Vargas Llosa otrzymał Literacką Nagrodę Nobla, w szkolnej bibliotece stało się coś, czego jeszcze nigdy tam nie widziałam. W którymś miejscu powieszono plakat, obwieszczający tę radosną nowinę, na specjalnym stoliku zorganizowano jakąś wystawkę poświęconą autorowi, a jego książki zostały ustawione na pierwszym planie na najatrakcyjniejszych półkach. Nie przypominam sobie, żeby jakiś wcześniejszy noblista wywołał takie zamieszanie. Z tej właśnie okazji, już wtedy postanowiłam sięgnąć po książkę pióra Llosy, ale jakoś… nie było czasu? Dopiero w tym jakże miłym okresie wakacyjnym, w oczekiwaniu na wyniki procesu rekrutacji, zabrałam się za pozycję o niezwykle kuszącym tytule, mianowicie „Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki.”
Jest to historia miłości niezwykle trudnej, niszczącej i, jakkolwiek na nią nie patrzeć, nieodwzajemnionej. Nasz bohater, Ricardo Somocurcio, wpadł po uszy już jako nastolatek - zakochał się w pięknej i przebiegłej Chilijeczce imieniem Lily. Razem z jej siostrą Lucy i innymi znajomymi spędzają gorące lato w Peru. W wyniku niefortunnego splotu wydarzeń, dziewczyna znika z dzielnicy Miraflores i tym samym z życia Ricardo… przynajmniej na jakiś czas. Będzie powracać i nawiedzać jego z grubsza poukładany żywot niczym (nie)chciany sen. Będzie odznaczać piętno toksycznego uczucia na beznadziejnie zaślepionym bohaterze. Nie będzie miała litości. A jemu nie będzie dane zaznać spokoju.
Szczerze mówiąc, spodziewałam się po tej książce odrobinę czego innego, ale to co mi zaserwowano, w żadnym wypadku nie jest rozczarowujące. Bez problemu odczułam siłę destrukcyjnej miłości, niemożliwej do spełnienia z pewnych do bólu prozaicznych powodów. Lektura pozostawiła we mnie burzę emocji, z którymi jak na razie nie mogę dojść do ładu. Uświadomiłam sobie, jak wielką władzę nad mężczyzną ma stosownie umotywowana, zuchwała kobieta. Kobieta w ogóle, czyli poniekąd ja także. Jak z każdą władzą, również i z tą nieodłącznie związana jest odpowiedzialność - a z nią bywa różnie. Gorąco zachęcam, byście sami zgłębili tę kwestię podczas czytania „Szelmostw…”.
Niezmiernie podoba mi się styl autora. Taki lekki, a zarazem niepozostawiający wątpliwości, że mamy do czynienia z wielkim pisarstwem. Llosa umiejętnie wplata w treść zagadnienia, których na ogół unikam, między innymi wątki polityczne. Jednak w tym przypadku daty i fakty są jakby rzucane mimochodem, a nawet, co dla mnie niepojęte, ciekawe. Wyjątkowo absorbujące są fragmenty opisujące życie postaci stojących względnie z boku całej historii. Moją ulubioną jest Juan Barreto. Zgadzam się, że zdrobnienia pokroju „piersiątek” i „ciałka”, zwłaszcza w odniesieniu do pięćdziesięcioletniej kobiety, odrobinę irytują, jednak nie są znowu tak liczne, by dłużej się nad tym rozwodzić. Miło zaskoczyła mnie szczypta prawdy o dawnym życiu niegrzecznej dziewczynki. Nie wiem dlaczego, ale za każdym razem, kiedy czytam o takich tajemniczych kobietach bez przeszłości i bez najmniejszego wytłumaczenia ich postępowania, chociaż maleńkiego, mam wrażenie, że autor sam dobrze nie wiedział, co począć z taką bidulką. Tak było przy „Na południe od granicy, na zachód od słońca” Murakamiego. Ale nie tym razem. I właściwie jedyne, co mi się nie podobało, to zakończenie, ale gdzieś w głębi wiem, że było jedynym słusznym zwieńczeniem tej historii.
Gorąco polecam! Przekonajcie się sami, ile szelmostw była w stanie wyrządzić taka jedna la niña mala.
Jest to historia miłości niezwykle trudnej, niszczącej i, jakkolwiek na nią nie patrzeć, nieodwzajemnionej. Nasz bohater, Ricardo Somocurcio, wpadł po uszy już jako nastolatek - zakochał się w pięknej i przebiegłej Chilijeczce imieniem Lily. Razem z jej siostrą Lucy i innymi znajomymi spędzają gorące lato w Peru. W wyniku niefortunnego splotu wydarzeń, dziewczyna znika z dzielnicy Miraflores i tym samym z życia Ricardo… przynajmniej na jakiś czas. Będzie powracać i nawiedzać jego z grubsza poukładany żywot niczym (nie)chciany sen. Będzie odznaczać piętno toksycznego uczucia na beznadziejnie zaślepionym bohaterze. Nie będzie miała litości. A jemu nie będzie dane zaznać spokoju.
Szczerze mówiąc, spodziewałam się po tej książce odrobinę czego innego, ale to co mi zaserwowano, w żadnym wypadku nie jest rozczarowujące. Bez problemu odczułam siłę destrukcyjnej miłości, niemożliwej do spełnienia z pewnych do bólu prozaicznych powodów. Lektura pozostawiła we mnie burzę emocji, z którymi jak na razie nie mogę dojść do ładu. Uświadomiłam sobie, jak wielką władzę nad mężczyzną ma stosownie umotywowana, zuchwała kobieta. Kobieta w ogóle, czyli poniekąd ja także. Jak z każdą władzą, również i z tą nieodłącznie związana jest odpowiedzialność - a z nią bywa różnie. Gorąco zachęcam, byście sami zgłębili tę kwestię podczas czytania „Szelmostw…”.
Niezmiernie podoba mi się styl autora. Taki lekki, a zarazem niepozostawiający wątpliwości, że mamy do czynienia z wielkim pisarstwem. Llosa umiejętnie wplata w treść zagadnienia, których na ogół unikam, między innymi wątki polityczne. Jednak w tym przypadku daty i fakty są jakby rzucane mimochodem, a nawet, co dla mnie niepojęte, ciekawe. Wyjątkowo absorbujące są fragmenty opisujące życie postaci stojących względnie z boku całej historii. Moją ulubioną jest Juan Barreto. Zgadzam się, że zdrobnienia pokroju „piersiątek” i „ciałka”, zwłaszcza w odniesieniu do pięćdziesięcioletniej kobiety, odrobinę irytują, jednak nie są znowu tak liczne, by dłużej się nad tym rozwodzić. Miło zaskoczyła mnie szczypta prawdy o dawnym życiu niegrzecznej dziewczynki. Nie wiem dlaczego, ale za każdym razem, kiedy czytam o takich tajemniczych kobietach bez przeszłości i bez najmniejszego wytłumaczenia ich postępowania, chociaż maleńkiego, mam wrażenie, że autor sam dobrze nie wiedział, co począć z taką bidulką. Tak było przy „Na południe od granicy, na zachód od słońca” Murakamiego. Ale nie tym razem. I właściwie jedyne, co mi się nie podobało, to zakończenie, ale gdzieś w głębi wiem, że było jedynym słusznym zwieńczeniem tej historii.
Gorąco polecam! Przekonajcie się sami, ile szelmostw była w stanie wyrządzić taka jedna la niña mala.
Etykiety:
Francja,
książki,
Peru,
wydawnictwo Znak
sobota, 2 lipca 2011
"Całując grzech" Keri Arthur
Lekturę drugiej części przygód Riley Jenson zakończyłam krótko po pierwszej, tak więc na gorąco mogę skonfrontować wrażenia po przeczytaniu obu książek. Na wstępie chciałabym zaznaczyć, że, jak to bywa w przypadku serii, czytelnicy nieznający „Wschodzącego księżyca” (są tu tacy?) mogą znaleźć w tej recenzji paskudne spoilery. Cała reszta raczej nie musi się martwić, postaram się zdradzić tyle, ile trzeba.
Okazuje się, że zdemaskowanie i unieszkodliwienie szefa Genoveve było tylko początkiem misji bohaterów. Chociaż Riley usilnie dążyła do tego, by żyć w miarę normalnie, jej plany popsuł dziwny wypadek. Pewnego dnia wilczyca budzi się w ciemnym, nieznanym zaułku obok martwego mężczyzny. Nie wie, gdzie jest ani jak się tam znalazła – zupełnie jakby ktoś wymazał z jej pamięci wspomnienia z ostatnich kilku dni. Jedyne, co wie, to to, że musi brać nogi za pas. Podczas brawurowej ucieczki poznaje Kade’a, który od tej pory będzie pomagać w rozwikłaniu zagadki nielegalnych laboratoriów. Do tej dwójki dołączają znani nam już z pierwszej części Rhoan, Jack oraz Quinn i śledztwo toczy się dalej…
Jako że akcja „Całując grzech” nie ma miejsca ani tydzień przed, ani podczas pełni, oczekiwałam, iż autorka przystopuje nieco z natężeniem erotyzmu. O, ja naiwna! W tej części seksu jest tyle samo, co w pierwszej, o ile nie więcej. Tak samo gwałtowny, dziki i niemoralny. Czy to aby na pewno jest powieść dla młodzieży? Ja wiem, że w dzisiejszych czasach dzieciaki są więcej niż uświadomione, ale wydaje mi się, że to nie tak powinno im się przedstawiać akt miłosny. Zwłaszcza, że w tej książce miłość nie ma tu nic do rzeczy. Swoją drogą, pisząc takie dziewięć tomów można się nieźle wyżyć. Chyba wolałabym nie wnikać, co siedzi w głowie autorki. Jedno jest pewne – jeśli seria zostanie kiedykolwiek zekranizowana, wróżę jej przyciągnięcie do kin jeszcze większej rzeszy nastolatków niż „Zmierzch.”
Jeśli już jesteśmy przy minusach, to chyba największym, oprócz tego nieszczęsnego seksu, jest relacja Riley – Quinn. O ile w pierwszej części była całkiem zjadliwa, o tyle w drugiej stała się wręcz irytująca. Miałam już dość kolejnych rozmów o tym samym, identycznych argumentów, ciągłego napięcia i niezdecydowania. W sumie to wszystko nieodłącznie wiąże się ze współżyciem, więc zrzucam to na karb dziwnego upodobania pani Arthur do seksoholizmu. Fabuła wydaje mi się ciekawsza niż w tomie pierwszym, zwłaszcza ostatnie strony trzymają w napięciu. Niestety robi się też nieco chaotycznie, jakiś szef ma siostrę, z jakiejś sfory, czyjaś żona, jakiś brat, dawny kochanek. Nie wiem, czy się cieszyć, czy płakać, że zanim zdążyłam się porządnie zgubić, autorka rozprawiła się z tą paletą postaci.
Książkę bardzo przyjemnie trzyma się w rękach, nie wiem, czemu nie zauważyłam tego wcześniej. Słowem podsumowania, polecam dla zabicia nudy. Czyta się błyskawicznie, a przy tym niezmiernie wciąga w przygody bohaterów. Rekomendacja jest przeznaczona dla osób od starszej młodzieży wzwyż, z uwagi na wałkowaną już zastraszającą ilość seksu. Miłej lektury.
„Całując grzech” wygrałam w konkursie u Pauli. Musicie mi wybaczyć wcześniejszą euforię, to moja pierwsza nagroda w blogowym życiu xD
Okazuje się, że zdemaskowanie i unieszkodliwienie szefa Genoveve było tylko początkiem misji bohaterów. Chociaż Riley usilnie dążyła do tego, by żyć w miarę normalnie, jej plany popsuł dziwny wypadek. Pewnego dnia wilczyca budzi się w ciemnym, nieznanym zaułku obok martwego mężczyzny. Nie wie, gdzie jest ani jak się tam znalazła – zupełnie jakby ktoś wymazał z jej pamięci wspomnienia z ostatnich kilku dni. Jedyne, co wie, to to, że musi brać nogi za pas. Podczas brawurowej ucieczki poznaje Kade’a, który od tej pory będzie pomagać w rozwikłaniu zagadki nielegalnych laboratoriów. Do tej dwójki dołączają znani nam już z pierwszej części Rhoan, Jack oraz Quinn i śledztwo toczy się dalej…
Jako że akcja „Całując grzech” nie ma miejsca ani tydzień przed, ani podczas pełni, oczekiwałam, iż autorka przystopuje nieco z natężeniem erotyzmu. O, ja naiwna! W tej części seksu jest tyle samo, co w pierwszej, o ile nie więcej. Tak samo gwałtowny, dziki i niemoralny. Czy to aby na pewno jest powieść dla młodzieży? Ja wiem, że w dzisiejszych czasach dzieciaki są więcej niż uświadomione, ale wydaje mi się, że to nie tak powinno im się przedstawiać akt miłosny. Zwłaszcza, że w tej książce miłość nie ma tu nic do rzeczy. Swoją drogą, pisząc takie dziewięć tomów można się nieźle wyżyć. Chyba wolałabym nie wnikać, co siedzi w głowie autorki. Jedno jest pewne – jeśli seria zostanie kiedykolwiek zekranizowana, wróżę jej przyciągnięcie do kin jeszcze większej rzeszy nastolatków niż „Zmierzch.”
Jeśli już jesteśmy przy minusach, to chyba największym, oprócz tego nieszczęsnego seksu, jest relacja Riley – Quinn. O ile w pierwszej części była całkiem zjadliwa, o tyle w drugiej stała się wręcz irytująca. Miałam już dość kolejnych rozmów o tym samym, identycznych argumentów, ciągłego napięcia i niezdecydowania. W sumie to wszystko nieodłącznie wiąże się ze współżyciem, więc zrzucam to na karb dziwnego upodobania pani Arthur do seksoholizmu. Fabuła wydaje mi się ciekawsza niż w tomie pierwszym, zwłaszcza ostatnie strony trzymają w napięciu. Niestety robi się też nieco chaotycznie, jakiś szef ma siostrę, z jakiejś sfory, czyjaś żona, jakiś brat, dawny kochanek. Nie wiem, czy się cieszyć, czy płakać, że zanim zdążyłam się porządnie zgubić, autorka rozprawiła się z tą paletą postaci.
Książkę bardzo przyjemnie trzyma się w rękach, nie wiem, czemu nie zauważyłam tego wcześniej. Słowem podsumowania, polecam dla zabicia nudy. Czyta się błyskawicznie, a przy tym niezmiernie wciąga w przygody bohaterów. Rekomendacja jest przeznaczona dla osób od starszej młodzieży wzwyż, z uwagi na wałkowaną już zastraszającą ilość seksu. Miłej lektury.
„Całując grzech” wygrałam w konkursie u Pauli. Musicie mi wybaczyć wcześniejszą euforię, to moja pierwsza nagroda w blogowym życiu xD
Etykiety:
Australia,
cykl Zew Nocy,
Instytut Wydawniczy Erica,
książki
Subskrybuj:
Posty (Atom)


